Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 190 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Patrz i podziwiaj...

wtorek, 11 maja 2010 23:57

Ekologiczny mam dzisiaj nastrój.
Widziałam psa bez sierści.
Konał, obżarty jakimś świństwem ze śmietniska.
Patrz, jak się to wszystko wali.
Jak betonujemy nasz świat.
I serca.

Ile nam jeszcze potrzeba lat?
Sto, dziesięć, pięć?
Ile czasu na zniszczenie?

Natura w ruinie, szajs, smród, kalectwo.
Wiesz, że jest coraz gorzej.
I co? Co robimy?


Podziel się

komentarze (9) | dodaj komentarz

"Szczera prawda"

piątek, 07 maja 2010 12:47
   Wszyscy wszystko wiedzą, wszystko słyszą, wszystko widzą, a w rzeczywistości wielu widzi tylko czubek własnego powonienia.
    Najlepiej mają się plotki. Plotka plotkę goni, plotka plotkę żywi, ploty mnożą się bez samca, ploty puchną bez silikonu. Jeśli nawet która pęknie, żaden problem. Pędzą na sygnale komórki macierzyste, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wpychają zarazie bebechy do środka, zszywają rozpuszczalnymi ( w szpitalach brakuje) nićmi i plota gotowa do odlotu.
    Ledwie oczy przetrzeć zdołasz, już telefon do cię woła: - prawda to, prawda tamto? - Mówię ci, to szczera prawda - słyszałam z pewnego żródła - trajkocze (niby) szczera - prawda.
   Pewne żródło jest u źródła, a ja jeszcze nie puściłam porannego bąka - rzucam w słuchawkę, i się zastanawiam..., co włożyć do garnka.
    Żyć realną rzeczywistością, to dopiero "bajkowisko"!

Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

Człowiek do wymiany

czwartek, 08 kwietnia 2010 9:31
      W Gwiezdnych wojnach jeden z rycerzy przyszłości obcina drugiemu rękę. Bezręki wcale nie płacze, nie rozpacza, gdyż po walce kilka robotów odtwarza mu w pełni sprawną kończynę, wypełnioną lśniącymi układami scalonymi i kolorowym wezłem elektrycznych przewodów.
      Spiderman - inny słynny bohater filmu, a przedtem komiksu - walczy z całą plejadą ulepszonych ludzi, którzy mają kamery zamiast oczu lub karabiny maszynowe zamiast rąk. Jego główny przeciwnik, doktor Ośmiornica, dobudował sobie wysuwane z palców cztery metalowe chwytaki. Są połączone z rdzeniem kręgowym i sterowane mózgiem. Gdybyśmy umieli takie połączenia wytwarzać, porażenia kończyn byłyby uleczalne.
     Czy to tylko fantazja? Czy w naszych czasach moglibyśmy się już pokusić o urzeczywistnienie takich wizji i konstruować sztuczne oczy, narządy wewnętrzne?
      Wydaje się nam, że postęp techniczny stanowi zabezpieczenie: kiedy z naszym ciałem stanie się coś złego, będziemy mogli je odtworzyć, zastąpić czymś trwalszym, niezniszczalnym i żyć, jakby nic się nie stało. Coraz częściej reperuje się nasze ciała, używając do tego różnych produktów chemicznych. Na przykład powszechnie stosowanym w hydraulice silikonem wypełnia się kobiece piersi i wargi, a także wszczepia go do ludzkiego oka w czasie operacji zwanej witrektomią jako substytut ciała szklistego. Sztuczna soczewka może być wykonana nie tylko z silikonu, ale także z pochodnych akryli lub z tworzywa zbliżonego do pleksiglasu. Teflonu pokrywającego patelnie używa się do produkcji protez stawów biodrowych. Duże naczynia biodrowe odchodzące od aorty są robione z goreteksu, tego samego, z którego się szyje kurtki i plecaki.
    Z drugiej strony jednak wciąż boimy się przeszczepów i klonowania. Reperowanie ciała narządami pobranymi od innych ludzi wzbudza więcej emocji niż dodawanie do niego części sztucznych. W pismach medycznych spotyka się opisy przypadków psychozy wywołanej przeszczepem ręki od kogoś nieżyjącego. Osobnik dotknięty psychozą obsesyjnie wyobraża sobie, że ta obca część ciała żyje własnym życiem. Czas upływa mu na zastanawianiu się, czego ona doświadczyła, kogo i czego dotykała; czasami więc trzeba ją amputować. Nie dlatego, że odrzuciło ją ciało, lecz dlatego, że nie zaakceptowała jej psychika nowego właściciela.
     Z trudem akceptujemy protezy. Aparat słuchowy, nawet najmniejszy, kojarzy się wielu osobom z kalectwem i z tego powodu jest rzadko noszony. Ludzie raczej woleliby coś niewidzialnego lub idealnie przypominającego ludzkie ucho, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Przeszczepy narządów życiowo ważnych, takich jak nerki czy serce, nasuwają pytania, czy ciało stanowi tylko wehikuł dla duszy, i czy wolno korzystać z niego, wymontowując potrzebne komu innemu części. Kłopot sprawia również czas, w jakim należy podjąć decyzję, gdyż narządy można pobrać tylko w ciągu kilku godzin.
      Niedawno pewien amerykański okulista stworzył okulary zastępujące ludzkie oczy. W świecie medycznym zawrzało. Jego pacjent Jerry ukazał się z pęczkiem kabli wchodzących do czaszki przez wywiercony w niej otwór. Do pasa miał przyczepiony dość duży akumulator, a na nosie ciemne masywne okulary z wbudowanymi w nie kamerami. Obrazy odbierane przez mikrokamery przewodziły impulsy bezpośrednio do mózgu, z pominięciem nerwu wzrokowego, dzięki czemu Jerry widział duże przedmioty i światło zapalonego papierosa w ciemnym pokoju. Na tym jednym wynalazku, niestety, skończyło się marzenie o sztucznym oku, gdyż potem nikomu już nie udało się skonstruować niczego lepszego.
    Życie tlące się w naszych ciałach - cudownej maszynerii uruchomionej przez Pana Boga, przypadek, czy nieznaną siłę - wymyka się spod kontroli. Tkanki nie mają śrubek ani przycisków, ciągle nie wiadomo, ile mechanizmów funkcjonuje w ich głębi.
    I tu właśnie zaczyna się cud leczenia.


Podziel się

komentarze (4) | dodaj komentarz

Życie człowieka nie jest "zabawą w ciuciubabkę".

poniedziałek, 29 marca 2010 11:00
   Życie ludzkie przypomina rzekę zmierzającą ku morzu przez różne okolice, wśród stale zmieniających się krajobrazów. W jednym miejscu nurt jest spokojny, w innym porywisty, pełen wirów i progów wodnych. W górnym biegu woda płynie szybko, a niżej prąd wydaje się zanikać wśród szerokich rozlewisk. Jednego roku woda w rzece opada i niemal wysycha, kiedy indziej znów występuje z brzegów zalewając okoliczne łąki. Cały czas niezmordowanie zmierza ku morzu, choć nie wiadomo, co czeka ją za kolejnym zakretem.
   Tak jak rzeka, która nie zna swojej przyszłości, nie wiemy, co czeka nas za kolejnym zakrętem naszego życia. Nie wiemy co przyniesie nam kolejny rok, a nawet kolejny dzień. Jesteśmy zaskoczeni, gdy nagle umiera ktoś z rodziny lub przyjaciół. Dziwimy się, gdy spotykają nas kłopoty rodzinne lub finansowe. Okoliczności naszego życia zmieniają się z każdym dniem i nie potrafimy odgadnąć, dokąd zaprowadzi nas kolejna zmiana.
    Gdy dobrze uświadomimy sobie znaczenie tej analogii, zrozumiemy jak bardzo potrzebne jest nam zaufanie i złożenie nadziei w Bogu. Na każdym kroku przekonujemy się, że nie jesteśmy w stanie zapanować nad własnym życiem i wydarzeniami, które czasem są dla nas sprzyjające, a czasem bardzo trudne. Dlatego właśnie starajmy się nauczyć ufać Bogu, który nad wszystkim panuje, który nas kocha i dba o to, by wypełnił się w naszym życiu Jego plan. Tylko w ten sposób, poddając się z ufnością Jego prowadzeniu, dotrzemy bezpiecznie do celu naszej wędrówki, jak rzeka, która po pokonaniu wszystkich przeszkód wpada wreszcie do morza.






 

      


Z okazji Świąt Wielkiej Nocy
życzę wszystkim
Radosnego Alleluja.





Podziel się

komentarze (22) | dodaj komentarz

Bezsens i nadzieja

środa, 24 marca 2010 10:40
   Do jednego z tygodników katolickich, pewien młody człowiek napisał list następującej treści:
   "Chrześcijaństwo podniosło nadzieję do godności cnoty, i to podobno teologicznej. A ja byłbym raczej skłonny przyznać rację przysłowiu ( przysłowia są podobno mądrością narodów), że nadzieja jest matką głupich. Nie do innych wniosków doprowadziły mnie moje własne doświadczenia".
    Autor listu wyraził swą życiową postawę dosyć skrajnie. Problem jednak nadziei czy beznadziejności jest o wiele głębszy. Wywiera ogromny wpływ na życie i działanie człowieka. Przeczytajcie dwa podane niżej teksty i osądźcie, która z postaw wydaje wam się bardziej ludzka i którą z nich obralibyście za swoją postawę życiową.

   Albert Camus (1913 - 1960), pisarz egzystencjalny, w swej powieści " Dżuma", w obrazie zamkniętego miasta nawiedzonego zarazą przedstawia swoje poglądy na egzystencję ludzką. Ukazuje jej bezsens płynący z braku nadziei.

   Po wielkim, dzikim porywie pierwszych tygodni, nastąpiło przygnębienie, które błędem byłoby brać za rezygnację, było ono jednak rodzajem prowizorycznej zgody.
   Nasi współobywatele weszli w ten rytm, przystosowali się, jak to się powiada, nie sposób bowiem było postąpić inaczej. Naturalnie, zachowali jeszcze postawę nieszczęścia i cierpienia, lecz nie czuli już ich ostrza. (...) Ci, którzy mieli jakieś zajęcie, wykonywali je w tempie dżumy, skrupulatnie i bez hałasu. (...) Jeśli aż dotąd zaciekle oddzielali swoje cierpienie od wspólnego nieszczęścia i nadziei, teraz zgadzali się na ich pomieszanie. Pozbawieni pamięci i nadziei, ulokowali się w teraźniejszości. Doprawdy, wszystko stało się dla nich teraźniejszością. Dżuma odebrała wszystkim siłę miłości, a nawet przyjaźni, trzeba to powiedzieć. Miłość bowiem żąda odrobiny przyszłości, a myśmy mieli tylko chwile.
(A. Camus, Dżuma, s. 165 - 166).

    W roku 1970 ukazał się dramat Aliny Nowak pt. "Oratorium Oświęcimskie". Napisany on został na podstawie autentycznego raportu Stanisławy Leszczyńskiej, która od roku 1943 jako więźniarka pełniła w obozie funkję położnej. Wbrew przepisom obozowym, z narażeniem własnego życia, pozostawiała niemowlęta przy matkach. Dzięki jej poświęceniu w tym piekle bezsensu coś się zmieniło w życiu obozowych matek.

    Od maja 1942 r. sytuacja na sztubie położnic uległa pewnej zmianie. Przez krótki okres wydawało się nawet, że dla matek i dzieci z obozowej sztuby zaświtała nadzieja. Niemowlęta po urodzeniu pozostawiano przy matkach! Oczekujące teraz rozwiązania kobiety nie zjadały swoich racji chleba. (...) Za uskładany chleb mogły zorganizować prześcieradło. Darły je potem na strzępy przygotowując pieluszki, a czasem nawet... koszulkę. Nie było takiej matki, która by się nie łudziła, że jej dziecko przetrwa. (...) W ciągu dwóch lat na sztubie położniczej odebrałam ponad trzy tysiące porodów. Wszystkie dzieci urodziły się żywe. Ich celem było żyć.
Obóz przeżyło - trzydzieści!
(A. Nowak, Oratorium Oświęcimskie, s. 20 i 26)

    Życie bez nadziei traci sens. Człowiek poddaje się bezwolnie losowi. Natomiast nawet mała iskra nadziei pozwala człowiekowi pozostać sobą, przetrwać i walczyć o dobro.

    Matką głupich cię nazwali, nadziejo
    Ludzie podli, ludzie mali, nadziejo!
    Choć się z ciebie natrząsają, głośno śmieją,
    Ty nas jedna nie opuszczaj, nadziejo!
     Prowadź nas, nadziejo,
     W ciemny czas, nadziejo!
     W mrocznej mgle wyczaruj
    Iskrę wiary
    (Fragment piosenki Jana Pietrzaka wykonywanej w kabarecie)

    Czy istnieje nadzieja, która nigdy nie zawiedzie człowieka?

    Być może nie znajdujemy się obecnie w tak trudnej sytuacji jak chrześcijanie pierwszych wieków, jak zadżumieni  w Oranie czy na miejcu Stanisławy Leszczyńskiej. Nigdy jednak nie wiadomo, czy nie staniemy w swoim życiu wobec podobnie ciężkiej próby wiary i nadziei. Spotykamy się jednak z ludźmi, nawet wśród swoich bliskich, którzy stają przed tragicznym problemem kalectwa, nieuleczlnej choroby, śmierci kogoś z rodziny, czy też wobec bolesnej krzywdy. Może nie rozumiejąc nadziei ludzkiej, chrześcijańskiej, bliscy są załamania i utraty sensu życia. Czy nie powinniśmy stawać się dla nich znakiem wiary i nadziei?

Podziel się

komentarze (4) | dodaj komentarz

Dwa oblicza

sobota, 20 lutego 2010 12:02
    Pracując nad poznaniem siebie warto pamietać, że istnieją dwa wymiary człowieka:
      a/ dzień powszedni
      b/ sytuacja krytyczna

     W dzień powszedni można się bawić w aktora, grać jakąś rolę, uchodzić za lepszego niż się jest w rzeczywistości - mieć dwa oblicza.
     Ludzie często grają. Są ułożeni, wyrachowanie grzeczni, uśmiechają się mile, świadczą pewne usługi, zwłaszcza gdy spodziewają się, że to podbuduje ich prestiż, ich autorytet. A robią to w tym celu, by mieć nieposzlakowaną opinię, by ich chwalono, nawet uważano za geniuszy.
     Natomiast sytuacja krytyczna jest bezlitosna. Sytuacja krytyczna ujawnia, kim się jest naprawdę. Sytuacja krytyczna jest doskonałym demaskatorem, stawia człowieka w reflektorze nagiej prawdy o nim. Choćby ot, taka sytuacja: Spokojny, uśmiechający się... ale gdy ktoś czy coś wyprowadzi go z równowagi, złości się, ciska epitetami, histeryzuje... słowem, koniec świata.
    Ale sytuacja krytyczna może też objawić i wielkość człowieka. Przykładów takiej wielkości ludzi, znamy na pęczki. Postanowiłam wymienić jeden z takich przykładów: W czasie aresztowania kard. Wyszyńskiego, zdarzył się taki fakt. Ks. kardynał wyszedł na dziedziniec, by odszukać dozorcę. Wówczas pies "Baca", który był na dziedzińcu, rzucił się na jednego tajniaka pilnującego Prymasa i ugryzł go. Ks. Prymas zabrał poszkodowanego do holu, by mu udzielić pomocy. Siostra przyniosła jodynę, ks. Prymas osobiście bandażował milicjanta zapewniając go, że pies jest szczepiony, zdrowy...
   Prymas Polski opatruje ranę milicjanta, który przyszedł go aresztować... Zdumiewa spokój i opanowanie aresztowanego, który nie wie co go czeka... tylko więzienie, czy może śmierć...
    Warto poznawać całą prawdę o sobie, nie tylko w wymiarze dnia powszedniego, ale i w sytuacji krytycznej. Ona nam powie prawdę. Może nie zawsze to będzie prawda przyjemna, ale będzie prawda...
    Czytałam kiedyś sensacyjną książkę pt. "Człowiek niewidzialny". Opowiada ona o pewnym człowieku, który po wielu latach próby, długich doświadczeniach i badaniach ciało swoje uczynił niewidzialnym. Ale człowiekiem pozostał nadal. Gdy chciał kontaktować się z innymi, wkładał na siebie ubranie a niewidzialną twarz zakrywał maską. Pewnego dnia wobec licznie zgromadzonych ludzi zdemaskował się. Zdjął maskę. Wszystkich ogarnęło przerażenie. Na miejscu twarzy zobaczyli pustkę. Zobaczyli wielkie "O".
   Nie możemy być ludźmi bez twarzy. Musimy być sobą. Pracujmy nad sobą i poznajmy samych siebie.

Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

Popielec

środa, 17 lutego 2010 10:55



Julian Fałat, Popielec, 1881r.

Skończył się karnawał, dzisiaj przypada Środa Popielcowa, zwana niegdyś Wstępną Środą, która w kalendarzu chrześcijańskim rozpoczyna 40-dniowy okres Wielkiego Postu, przygotowujący nas do Świąt Wielkanocy. Popielec to dzień szczególny, który wprowadza nas w nastrój zadumy, powagi i refleksji.

W tym dniu podczas Mszy św. kapłan posypuje głowy wiernych popiołem, wygłaszając przy tym jedną z dwóch formuł: "Prochem jesteś i w proch się obrócisz" lub "Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię", co ma przypominać człowiekowi o kruchości jego życia i potrzebie pokuty.

Rytuał ten wprowadzony został ok. IV w., ale najpierw przeznaczony był wyłącznie dla osób publicznie odprawiających pokutę. W XI w. papież Urban II uczynił go obowiązującym zwyczajem w całym Kościele. Popiół do posypywania głów uzyskuje się z palm wielkanocnych, poświęconych w Niedzielę Palmową ubiegłego roku. W Środę Popielcową obowiązuje wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych i post ścisły, czyli ograniczenie ilości posiłków do trzech: jednego do syta oraz dwóch skromnych.

Mimo że Środa Popielcowa nie obliguje wiernych do uczestniczenia we Mszy Świętej i jest normalnym dniem pracy, to jednak w kościołach gromadzą się tłumy, porównywalne do tych w czasie najważniejszych świąt chrześcijańskich. Próbowano różnie tłumaczyć ten fenomen, ale najbardziej prawdopodobnym powodem popularności Popielca jest chęć zatrzymania się, wewnętrzna potrzeba wyciszenia i refleksji, aby jak najlepiej przygotować się do Świąt Wielkanocy.

No to posypmy głowę popiołem, post zacząć czas...



Podziel się

komentarze (15) | dodaj komentarz

Kontrola

wtorek, 02 lutego 2010 14:14

        Przesłanka psychologii zewnetrznej kontroli, którą stosuje obecnie świat, jest następująca:karzmy ludzi, którzy postępują niewłaściwie - tak, aby robili to, co my uważamy za słuszne;potem nagradzajmy ich, żeby nadal robili to, co my chcemy. Przesłanka ta dominuje w myśleniu większości ludzi. Rozpowszechnienie tej metody wynika z faktu, że w pełni popierają ją ci, którzy mają władzę - urzędnicy, rodzice, nauczyciele, dyrektorzy i przywódcy religijni - którzy definiują, co dobre, a co złe. Osoby poddane ich kontroli, które w tak małym stopniu decydują o własnym życiu, akceptują kontrolę ze strony ludzi obdarzonych władzą, czerpiąc z niej pewne poczucie bezpieczeństwa.  Niestety nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, że owo kontrolowanie, przymuszanie i zniewalanie wywołuje szeroko rozpowszechnione cierpienia, które się coraz bardziej nasilają.
         Cierpienia te nie słabną nie dlatego, że przemyśleliśmy gruntownie całą sprawę i doszliśmy do wniosku, że najlepiej jest kontrolować innych. Zadajemy cierpienia innym, ponieważ, jeśli ludzie nie robią tego, co my chcemy, żeby robili, jedyną metodą postępowania, jaka przychodzi nam na myśl, jest zmuszanie i drobiazgowe kontrolowanie efektów. Zmuszanie jako środek osiągania swojego celu towarzyszy niektórym od tak dawna, że uważane jest za postępowanie zgodne ze zdrowym rozsądkiem i stosuje się je bez zastanowienia. Nie interesuje ich to, skąd się ono wzięło. Nie podają w wątpliwość jego wartości.
         Jeśli kontrola zewnętrzna jest źródłem nieszczęścia, to dlaczego wybierają ją niemal wszyscy ludzie - nawet ci pozbawieni władzy, którzy tak bardzo cierpią z jej powodu? Odpowiedź jest prosta:to działa. Działa w odczuciu osób wpływowych, ponieważ często pozwala im osiągnać to, co chcą. Działa w odniesieniu do ludzi bezsilnych, ponieważ odczuwają jej skuteczność na swojej skórze i żyją nadzieją, że w końcu sami będą mogli zastosować ją wobec kogo innego. Osoby zajmujące niższe miejsca w hierarchii społecznej bardziej spoglądają w górę niż do dołu. Ci bezsilni w jeszcze większym stopniu akceptują kontrolę ze strony silniejszych właśnie dlatego, że - niezależnie od tego, jak bardzo czują się nieszczęśliwi - uważają, że nie mają innego wyboru. Wierzą ponadto, zazwyczaj słusznie, że stawianie oporu byłoby jeszcze gorsze. Tak więc, w ten czy inny sposób, większość ludzi robi wiele rzeczy, których nie chce.
     Na zakończenie, chciałam jeszcze napisać o tym, że wiara w słuszność i stosowanie kontroli zewnętrznej wyrządza szkodę wszystkim, zarówno kontrolującym, jak i kontrolowanym. A przecież istnieje coś takiego jak kontrola wewnętrzna, dzieki której, w życiu możemy wybierać.
         

Podziel się

komentarze (12) | dodaj komentarz

Sen, a jawa...

środa, 09 grudnia 2009 11:14
    Gdzież ja nie byłam tej nocy! Najpierw nad wielką wodą. Siedziałam na brzegu i czułam, że mnie pochłania, podaje mi do ręki wiosło, zachęca do porzucenia całego balastu, i do żeglugi. W kierunku wyspy, na której ktoś zbudował schronienie z trzciny, dach pokrywając dodatkowo grubą warstwą powiązanego w snopy sitowia. Dziwne, siedziałam na brzegu, jeszcze nawet nie płynęłam a już widziałam tę budowlę. Na środku było palenisko, nad którym wisiał kociołek. Właśnie palił się ogień ale w pomieszczeniu i nawet na wyspie nie było nikogo. Czyżbym to ja rozpaliła ogień, a może ktoś, kto na mnie czekał, albo w ten sposób dawał znaki? Chyba nawet nie myślałam o tym, po prostu zaczęłam płynąć. Lecz nic, poza żeglugą nie wydarzyło się w tym śnie.
    Po przebudzeniu się, zrozumiałam, że to wszystko dlatego, że szukam schronienia. Ale przecież po przebudzeniu, bo przecież nadal byłam w fizycznym stanie uśpienia, nadal coś działo się z moim snem. Jak nigdy dotąd było spokojnie. Nie widziałam tam siebie, gdy w przeszłości już o czwartej rano spłukiwałam twarz zimną wodą, by rześko ruszyć w dzień. Widziałam tam siebie biegnącą wczesnym rankiem do sasiadki, by pożyczyć parę groszy na bilet dla syna, pomimo tego, że w ojcowskiej kieszeni leżała spora suma pieniędzy. Nie mam pojęcia, czemu aż tak zagubiłam się w tamtym czasie. Może dlatego, że aż tak byłam samotna, może dlatego, że dopadła mnie czerwona melancholia. Dziś już ma inny kolor, ale zagrożenie nadal istnieje. Nie jest ono mniejsze od łaty, którą przypięła mi do pleców rodzina widząc, że piję z dużej szklanki herbatę imbirową. No cóż, to czerwone i to czerwone...
    Spod butów bryzgała woda. Widziałam w niej tęczę. Cudowna tęcza z przewagą koloru zielonego. Może dlatego, że to mój ulubiony kolor? Tęcza prysła, gdy tylko weszłam na podwórze. Tak, tu czekała na mnie próżnia, a może tylko czarny kolor. Taki sen lepiej niech zostanie w polach. I został.
     Zbudziłam się po raz pierwszy od wielu dni zrelaksowana. Ze zdumieniem dostrzegłam, że tym razem spałam w nocnej bieliźnie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdybym nie zobaczyła obok mnie uśmiechniętej siostry, która podaje mi talerz płatków kukurydzianych z gorącym mlekiem. Dla mnie znak, że wracam do siebie.

Podziel się

komentarze (8) | dodaj komentarz

Barbaro Święta, O Górnikach Pamiętaj...

piątek, 04 grudnia 2009 8:38







Św. Barbara jest jedną z tych świętych, których akta zaginęły. Większość tego, co o niej wiemy, pochodzi ze średniowiecznych legend. Urodziła się pod koniec III w., legenda mówi, że w Nikomedii (dziś Izmid w Turcji) jako córka bogatego i wpływowego człowieka. Według legendy ojciec jej nazywał się Dioskur.

O rękę Barbary, ubiegało się bardzo wielu konkurentów. Dziewczyna posiadała nie tylko pokaźnym posag, ale także obdarzona była wielką urodą i światłym umysłem. Spotykała się z niewielką grupką chrześcijan, którzy ukrywali się wówczas przed prześladowaniami ze strony jednego z najokrutniejszych cesarzy - Galeriusza Waleriusza Maksymina. Ojciec, chcąc uchronić ją przed natrętnymi zalotnikami, a być może także przed wpływami nowej wiary, zbudował dla niej wieżę. Tam urządził jej wygodne mieszkanie, sprowadził liczną służbę i najlepszych nauczycieli. Młoda panna nie rozpaczała jednak z powodu odgrodzenia od świata.

Samotność i spokój sprzyjały rozmyślaniom, do których Barbara zawsze była skłonna. Obserwując z wieży przyrodę, zastanawiała się nad harmonią świata. Coraz trudniej było jej wierzyć, że ten doskonały porządek jest dziełem bóstw pogańskich. Pogańskie zabobony napawały ją coraz większym wstrętem. Opatrzność Boża sprawiła, że jednym z jej nauczycieli został chrześcijański mędrzec. To właśnie od niego Barbara po raz pierwszy usłyszała o nauce Chrystusa. Ziarno Słowa Bożego trafiło na podatny grunt. Córka Dioskura poznała prawdziwego Boga. Ukryta za grubymi murami w tajemnicy przed światem mogła bez przeszkód przyjąć chrzest św. Dziewczyna tak dalece umiłowała Chrystusa, że dla Niego postanowiła żyć w czystości.

Nie wiemy, w jaki sposób Dioskur dowiedział się, że jego rodzona córka przyjęła znienawidzoną przez niego religię. Być może doniósł mu o tym ktoś ze służby; a może Barbara sama mu o tym powiedziała. Sytuację zaognił fakt, że panna odmówiła wyjścia za mąż za wskazanego przez ojca kandydata. Oświadczyła, że jej Oblubieńcem jest Chrystus i Jemu dochowa wiary. Gniew Dioskura był straszny. Najpierw szykanował Barbarę i morzył ją głodem. Sądząc, że dostatecznie zastraszył córkę, kategorycznie zażądał od niej zaprzestania praktyk religijnych i zerwania wszelkich więzi łączących ją z chrześcijaństwem. Ona jednak stanowczo odmówiła. Ojciec nie mógł pojąć zachowania Barbary. Im dłużej dziewczyna trwała w wierze, z tym większym okrucieństwem pastwił się nad nią. W końcu zapowiedział jej, że jeśli nie wyrzeknie się zakazanej wiary, zabije ją. Wkrótce miało się okazać, że nie była to czcza pogróżka.

Być może Dioskur obawiał się, że ukrywając wyznanie córki zaszkodzi własnym interesom; piastował bowiem wysoki urząd w państwie. W każdym razie zdecydował się postawić Barbarę przed sądem cesarskim.

Wobec dziewczyny zastosowano tortury, by zmusić ją do wyrzeczenia się wiary chrześcijańskiej. Smagano ją biczami, przypalano pochodniami, wleczono po ulicach. Chrystus jednak nie opuścił swej wiernej służebnicy. Objawił się jej w więzieniu i sprawił, że rany w ciągu jednej nocy zagoiły się. Widząc ten cud kobieta, która była więziona razem z Barbarą, nawróciła się.

Ostatecznie Barbara została skazana na ścięcie. Wyrok miał wykonać rodzony ojciec, by przebłagać w ten sposób bogów, od których odwróciła się jego córka. Ponoć kiedy Dioskur odebrał życie swemu dziecku, niebiosa rozcięła błyskawica, która go uśmierciła.

Niektóre źródła pisane podają, że męczennica z Nikodemii poniosła śmierć w 306 r. Siedem lat później cesarz Konstantyn Wielki wydał edykt mediolański, który zagwarantował chrześcijanom wolność wyznania.

Sława i Te dramatyczne wydarzenia wstrząsnęły niemal całym chrześcijańskim światem. Z ust do ust przekazywano sobie historię o młodej chrześcijance, dla której katem stał się własny ojciec. Wierni zaczęli zwracać się do niej z prośbami o pomoc w sprawach trudnych, w szczególności związanych z zagrożeniem życia. W krótkim czasie Barbara stała się jedną z najpopularniejszych świętych zarówno w Kościele wschodnim, jak i zachodnim. Jej wielkim czcicielem był żyjący na przełomie VI i VII w. papież Grzegorz I Wielki, późniejszy święty. Najstarszy dowód kultu św. Barbary w Polsce pochodzi z XI-wiecznego modlitewnika Gertrudy, wnuczki Mieszka I. Tam pod datą 4 grudnia zaznaczone jest wspomnienie świętej. Zaś trzy wieki później władze prestiżowego wydziału teologicznego Akademii Krakowskiej ją właśnie obrały sobie za patronkę.

Tradycja głosi, że przed śmiercią Barbara modliła się, żeby nikt, kto poprosi ją o wstawiennictwo w ostatniej godzinie swego życia, nie umarł bez spowiedzi świętej. W ten sposób św. Barbara stała się patronką umierających. W wielu parafiach powstawały nawet specjalne Bractwa Dobrej Śmierci pod jej patronatem. Wiedział o tym św. Stanisław Kostka. Kiedyś podczas podróży ciężko zachorował. Właściciel domu w Wiedniu, w którym podróżny się zatrzymał, był protestantem i nie zgodził się, aby chorego odwiedził kapłan z wiatykiem. Św. Stanisław zaczął gorąco modlić się do św. Barbary. I nie zawiódł się.

Św. Barbara jest patronką górników, flisaków, marynarzy, chłopów, architektów, dekarzy, murarzy, ludwisarzy, kowali, kamieniarzy, cieśli, grabarzy, dzwonników, kapeluszników, kucharzy, rzeźników, dziewcząt, więźniów, ludzi narażonych na wybuchy, jak artylerzystów, pracowników prochowni i arsenałów, kanonierów, saperów, straży ogniowej, umierających; jest opiekunką twierdz i wież; wzywana jest w modlitwie o dobrą śmierć, w przypadku zagrożenia przez ogień, o oddalenie burzy, zarazy i dżumy. W średniowieczu zaliczano św. Barbarę do grona 14 "Orędowników, mających stały dyżur ratowniczy nad światem"

W ikonografii św. Barbara jest przedstawiana w dostojnym odzieniu, często z nakrytą głową, dla podkreślenia jej szlachetnego pochodzenia, często ma na sobie płaszcz. W ręku trzyma palmę męczeństwa lub kielich z Najświętszym Sakramentem. Obok widnieje wieża z trzema oknami, w której była zamknięta przez ojca. Czasem trzyma w ręku miecz, którym została ścięta. Bywa też przedstawiana z pochodnią, działem armatnim lub strusimi piórami.

Imię Barbara tłumaczone jest albo z łacińskiego barbara - "cudzoziemka, obca, pochodząca spoza Grecji", albo też od greckiego barbaros - "ktoś bez wykształcenia".


 


Podziel się

komentarze (7) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


niedziela, 25 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  421 446  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

O mnie

Kobieta po słonecznej stronie jesieni.
Wrażliwa, ufna, tolerancyjna.
Ma rodzinę, cieszy się wnukami.
Szanuje każde Boże stworzenie.
Żywiołowo i skutecznie reaguje na krzywdę wyrządzaną dzieciom, osobom starszym i niepełnosprawnym.
Lubi dobrą książkę, film, muzykę.
Nie przepada za osobami zarozumiałymi, wulgarnymi, złośliwymi.
Nie lubi "obczyzny"w języku polskim.
Czyli - "nie taki diabeł straszny, jak go malują".

O moim bloogu

Bloog poświęcony Literaturze z dominacją Poezji mojej i innych autorów.W kategorii Owo i To, opowiadam o życiu najbliższych. Fotografuję, i mam nadzieję, że coraz lepiej.

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: