Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 717 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Podróże, które nic nie kosztują

sobota, 09 lutego 2013 17:33

Są takie? Zapewniam, że bez grosza przy duszy, można zwiedzić każdy zakątek świata. Zamieszkać w najlepszych hotelach, w środku zimy mieć upalną pogodę lub odwrotnie, a wszystko to, za jednym pstryknięciem w odpowiednie miejsce. Nawet towarzysza przybocznego sobie fundujesz i to zupełnie za „friko”. W takich podróżach nie istnieją ekstremalne sytuacje, bo kto by chciał, żeby się podwozie u samolotu nie wysunęło albo terroryści zabijali po jednym zakładniku, czekając na okup.

Chyba, że ktoś chce, wtedy może skoczyć z progu kosmosu lub jechać na sankach z Annapurny, ale wtedy musi wliczyć w koszty emocje, które sporo kosztują. Nie polecam.

Tylko raz się pomyliłam. Zaprosiłam Bogusia Lindę. Lecieliśmy do Moskwy na zlot „niewidzialnej ręki”. Jeszcze w samolocie zauważyłam, że Bodziowi coś leży na wątrobie. Kiedy „Ptak” podchodził do lądowania, przyboczny ucapił mnie za rękaw i prosił, byśmy nie szli na Kreml, bo on ma w sobie taki hardkor, że nie liczy za siebie, kiedy zobaczy „Pajaca”. Po opuszczeniu samolotu, Linda wziął taksówkę i pognał, jakby go całe piekło ścigało. Wsiadłam w wołgę ( czarna była) i wioo… za nim. Zdążyłam. Przed siedzibą „Pajaca”, zebrał się tłum ludzi, którzy z przerażeniem obserwowali, co też wyczyniają dwaj przeciwnicy. A oni, jak gdyby nigdy nic, zaczęli walkę na miny, zupełnie podobnie, jak „Syfon z Miętusem”, u Gąbrowicza. Kiedy już było wiadomo, że mistrz starej szkoły wygrywa, Bogusiowi puściły nerwy i spoliczkował „Pajaca”. Ochrona natychmiast zareagowała, ja też. Wypstrykałam latający dywanik, zapakowałam przybocznego i wysłałam bardzo wysoko. Ruscy „pruli” do niego z kałachów, ale jemu nawet włosek z głowy nie spadł. Zostałam sama i znowu pstryk(…). Wróciłam bezpiecznie.

Odtąd, jeżdżę tylko z Markiem Kondratem. Ten potrafi zadbać o kobietę. Jeżeli zachodzi taka potrzeba, to nawet „Ferdka Kiepskiego” do udzielenia ślubu zmusi.
No, jedziemy dalej…
Jedenastego listopada pojechaliśmy do Warszawy, świętować Niepodległą. Oj, działo się, działo… Narodowi się języki pomieszały, jak tym, spod Wieży Babel. Stanęłam pod pomnikiem Dziadka Piłsudskiego i zdzierałam struny głosowe do ostatniej kropli krwi. – Niech żyje mój teść! Walczył za Niepodległą przez sześć lat i nie dał się zabić! A to ci heca! Nikt nie zareagował, więc poszłam w ulice, pomniki, place i sama nie wiem, co tam wygadywałam. Jacyś, z obwiązanymi gębami, zaczęli mną kręcić w kółko i podśpiewywać na swojską nutę…
Skąd ty babo przyjechałaś,
żeś o Getto zapomniała.
Ja zapomniałam? Ja? Takich rzeczy się nie zapomina. Nie słuchali. Dobrze, że Marek podjechał Jaguarem i zabrał mnie na pączki do Bliklego. Po drodze wdepnęliśmy do znajomego fotografa, obejrzeliśmy cuda wydarte Wiśle, a potem zwiedziliśmy Powązki. Mamy tam kilka grobów, wartych specjalnego szacunku. Pod wieczór, wsiedliśmy w lektyki i pstryk(…). Wróciliśmy do domu.

Jutro wybieramy się do Stanów Zjednoczonych. Dla ichniego prezydenta, mamy propozycję nie do odrzucenia. Oddamy mu wszystko, co dostaliśmy od Cioci Unry. Cukier, krowy, konie, oddamy, tylko za wizy dla Polaków. I żadnych gratulacji z okazji drugiej kadencji, nie będzie.

Pstrykajcie w marzenia, wtedy realne podróże będą do zrealizowania.


Podziel się

komentarze (21) | dodaj komentarz

Babcia (uśmiech jednego dnia)

piątek, 08 lipca 2011 21:41

- Babciu, ugotuj nam pijaka, albo upiecz krecika. Karmisz nas „zupkami - lebiodkami”, a tamta babcia spod lasu pyszności przyrządza.
- Chyba się wam w główkach pomieszało, bo kto gotuje pijaka, albo piecze kreta? Poza tym, o jakiej babci mówicie. Druga babcia leży w grobie od pięciu lat. Zapomnieliście?
- Babciu! – ta pani, co domek pod lasem kupiła, każe nam mówić do siebie – babcia. Biedna ona. Miała wnuczka, ale skoczył do wody na główkę. Z jej opowiadań wiemy, że w wieku paru lat zauważyła u niego „ocean mądrości”.
- Dość tych bredni! Gadać mi tu, a szybko, o jakiego pijaka wam chodzi, bo jak długo żyję nie widziałam gotowanego pijaka.
- Ty babciu nic nie kumasz. O placek chodzi, co go tak nazywają. Trzeba ten placek parę godzin gotować, bo inaczej straci swoją moc. A nawet w wodzie moczyć i w lodówce jakiś czas schładzać, dopiero nadaje się do jedzenia.
- Wojtek jadł placek?
- Babciu, Wojtuś dostał największy kawałek i bardzo mu smakowało.
- Nie zdzierżę! Przecież on komunijny tego roku, a w placku zapewne wódka była. Wybiorę się do tej kobiety i tak jej nawsadzam, jak biednemu w torbę.
- Nawet o tym nie myśl, babciu. Ta pani ma bardzo złego psa. Lepiej zabierz ze sobą kiełbasę, bo myśmy go tak obłaskawili.
- Gałgany jedne! Kłamczuchy przebrzydłe! To wy zabraliście kiełbasę dla pieska, a winą obarczyliście biednego dziadka.
- Tak. Ale to nie my zamknęliśmy dziadka w pokoju na cały dzień. Nie wyzywaliśmy go od paskudników i nie zabraliśmy mu renty za karę.
- Babciu, możemy pójść do tamtej pod lasem? Zaprosiła nas na krecika.
- A idźcie w czorty! Tylko mi wracać zanim matka z ojcem wrócą z pracy, bo znowu nie podwiozą mnie do kościoła.
- Podwiozą babciu, podwiozą! Tylko do benzyny musisz dołożyć.


Podziel się

komentarze (3) | dodaj komentarz

Burze małe i duże

piątek, 21 maja 2010 10:37
Opowiadanie nie jest moją autobiografią.


Ale pada... - powiedziałam do córki, która siedziała obok mnie w samochodzie. Nie odpowiedziała. Spojrzałam na Alę kątem oka i zauważyłam, że nadal jest obrażona.

 - Zapnij pasy! - zwróciłam się do niej ostrzejszym tonem, gdy dostrzegłam, że jest niezapięta. - Jeśli zahamuję gwałtownie, polecisz na szybę...
- Będziesz wtedy zadowolona - mruknęła.
- Jak możesz tak mówić? - zapytałam zgnębiona.
Nie odpowiedziała. Obraziła się na mnie za to, że wczoraj przegoniłam z naszego mieszkania Bartka, jej chłopaka. Ale co miałam zrobić, gdy wróciwszy wcześniej do domu zastałam ich porozpinanych? Nie wiem, czy mieli zamiar "to" zrobić. Wiedziałam jedno, że ja im na to nie pozwolę. Dlatego zabrałam dzisiaj Alę do Krakowa, choć miałam jechać sama. Córka była na mnie wściekła. Nie mogła mi darować wczorajszej akcji. Krzyczała, że jestem podła i zacofana i że nigdy mi tego nie wybaczy.
- Czy ty już nie pamiętasz, jak to jest być młodym? Tobie hormony nie buzowały?
- Buzowały, ale nie w wieku szesnastu lat. Masz jeszcze czas na takie rzeczy!
Powiedziałyśmy sobie dużo niemiłych słów. Wielu z nich żałuję. Na pewno nie powinnam wyzywać jej od puszczalskich. Ale ona też trochę przeholowała. Niepotrzebnie powiedziała, że to przeze mnie odszedł od nas jej tata. To mnie zabolało. Ale Ala nie wiedziała, że ja już wystarczająco długo walczyłam o to małżeństwo. Po kilku latach wybaczania zdrad, zrozumiałam, że to nie ma sensu, a Arek szybko to wykorzystał i odszedł. Przez cały wieczór nie rozmawiałyśmy ze sobą, ale do rana minęła mi złość na córkę. Widać jednak, jej złość na mnie nie. "Trudno", westchnęłam w duchu. "Może kiedyś zrozumie, dlaczego tak postąpiłam".
Umówiłam się na ten weekend w Krakowie z Agnieszka, koleżanką ze studiów. Miałyśmy pójść do teatru, a potem pogadać jak za dawnych, dobrych lat. Deszcz się nasilał i zaczęło strasznie wiać.
- Zapnij te cholerne pasy! - warknęłam do Ali. - Nie widzisz jakie są warunki na drodze? O wypadek nietrudno.
- Wiedziałam, że to będzie udany weekend - powiedziała z ironią moja córka.
Zagotowało się we mnie, ale nie odpowiedziałam. Musiałam się skupić na prowadzeniu auta, bo pogoda z chwili na chwilę robiła się coraz gorsza. Niebo było prawie granatowe, chociaż ledwo minęła dziewiąta rano. Co jakiś czas rozjaśniały je tylko błyskawice. Słychać też było straszne grzmoty. Co gorsza, zaczął padać grad, najpierw drobny, a potem kule lodu były coraz większe. W końcu hałas spowodowany gradem był tak donośny, że nie słyszałam już odgłosów grzmotów. "Może burza przechodzi bokiem", pocieszałam się, choć ani kolor nieba, ani walące pioruny na to nie wskazywały. Zaczęłam się martwić o karoserię. Przecież tak duże kule gradu mogły ją uszkodzić.
- Zjedź gdzieś - powiedziała cicho Ala. W jej głosie wyczułam strach.
- Tu nie ma gdzie się schować - odparłam.
- Może pod wiaduktem...
Z daleka widziałam jednak, że pod najbliższym mostem stoi już kilka aut. Nasze już by się tam nie zmieściło. Musiałam więc jechać dalej.
"Może znajdzie się jakieś miejce pod następnym?..., myślałam. Na szczęście było, więc przystanęłam pod mostem. "Taki grad nie może długo trwać. Przeczekam najgorszą nawałnicę...", planowałam.
- W życiu nie widziałam takiej burzy - rzuciła Ala.
- Ja też - przyznałam. - Nic nie widać...
Wydawało się, że nie może już być gorzej, a jednak po chwili poczułam, że dzieje się coś dziwnego. Całym autem zakołysało.
- Co to było?... - szepnęła Ala.
- To chyba pęd powietrza od tej ciężarówki - powiedziałam po namyśle, obserwując mijającego nas w żółwim tępie TIR-a. Tylko to przyszło mi do głowy.
- Lepiej zjedźmy z tej autostrady - powiedziała Ala.
Akurat mijałyśmy Gliwice, mogłyśmy więc przystanąć przy jakiejś stacji benzynowej, albo przy barze. Wszędzie jednak stały samochody i trudno było znaleść wolne miejsce. W końcu znalazłam jekieś centrum handlowe, zjechałam i zaparkowałam. Potem pędem pobiegłyśmy do budynku. Kiedy dobiegłyśmy, byłyśmy przemoczone do suchej nitki. Przy barze zamówiłam dla nas dwie kawy cappuccino i usiadłyśmy przy ostatnim wolnym stoliku.
Patrzyłyśmy przez okno z przerażeniem. Wprawdzie przez strugi deszczu nie było wiele widać, ale coraz częstsze błyskawice dawały co jakiś czas nieco lepszą widoczność. Na szczęście grad przestał już padać. Najgorsze były te ogłuszające grzmoty i pioruny.
Nagle usłyszałam sygnał swojej komórki. To była Agnieszka.
- Gdzie jesteście? - zapytała mnie.
- Gdzieś w Katowicach - odpowiedziałam.
- Musiałyśmy się zatrzymać przy centrum handlowym. Był straszny grad.
- Właśnie słyszałam w radiu - mówiła moja przyjaciółka. - Martwiłam się o was. Myślałam, że zawróciłyście.
- W sumie nie wiem, czy nie powinnam, a jaka jest u ciebie pogoda? - zapytałam.
- W Krakowie jest pięknie - odparła Aga.
- Może więc to jakaś lokalna burza - zaczęłam się zastanawiać. - Wiesz, Aga, poczekamy jeszcze chwilę i jak się trochę uspokoi, pojedziemy dalej - obiecałam. Rozłączyłam się i spojrzałam na córkę.
- Co robimy? - zapytałam ją. Ala wzruszyła ramionami.
- Wszystko mi jedno - odparła obrażona.
- I tak mam zmarnowany weekend.
Zatelepało mną, ale nic nie powiedziałam. Wiedziałam, o co chodzi smarkatej. Chciała wzbudzić we mnie poczucie winy.
- W takim razie jedziemy dalej - powiedziałam oschłym tonem.
Deszcz zalewał szyby, ale nawałnica jakby zelżała. Ucieszyłam się, bo już naprawdę zaczęłam myśleć, żeby zawrócić do domu.
Zadzwoniłam do mamy, by się dowiedzieć, jaka pogoda jest we Wrocławiu.
- Okropnie pada - mówiła. - Podawali, że idą burze. A jak jest w Krakowie?
- Ponoć ładnie. Na razie jesteśmy jeszcze w drodze. Burza nas złapała, musiałyśmy zjechać z autostrady. Nie martw się, najgorsze mamy już chyba za sobą. Auto  tylko ucierpiało, bo padał grad wielkości kurzych jaj - opowiadałam.
- O matko! - przeraziła się mama. - To może wy lepiej wracajcie... Przed chwilą w prognozie pogody zapowiadali, że burze idą na wschód. Ostrzegali też przed wichurami i trąbami powietrznymi...
Rozłączyłam się, spojrzałam na Alę, która unikała mojego wzroku. Nie wiedziałam co robić. Jeśli pogoda ma być taka podła, to może nie warto jechać dalej. Prowadzę od niedawna i nie jestem zbyt wprawnym kierowcą. Po namyśle postanowiłam zawrócić do domu. Zadzwoniłam tylko jeszcze do Agnieszki i poinformowałam o zmianie decyzji.
- Dopiłaś?To biegniemy do auta - powiedziałam do Ali.
Potem ruszyłyśmy w kierunku samochodu. O dziwo, te kule gradu nie wyrządziły jakichś większych szkód, zresztą nie widziałam zbyt dobrze. Tylko w trzech miejscach na masce dostrzegłam nierówności blachy, ale ile było pęknięć lakieru, trudno mi było ocenić, bo cały czas lał deszcz i może właśnie dlatego powierzchnia blachy wydawała się dość gładka.
"Sprawdzę to, jak dojedziemy do Wrocławia", stwierdziłam w duchu i postanowiłam więcej nie myśleć o aucie. " W końcu najważniejsze, że nam się nic nie stało..."
Ruszyłyśmy na zchód. Przez jakiś czas pogoda była w miarę. To znaczy dalej lało i grzmiało, ale niebo jakby się przejaśniało, przynajmniej na północy.
- Co za pogoda - odezwałam się do Ali, ale ona nadal milczała. Wkurzyłam się.
- Kiedy zakopiesz topór wojenny? - zapytałam zaczepnie. Znowu cisza.
- Czy ty nie rozumiesz, że postąpiłaś źle, co ja mówię, strasznie głupio?! Ala nie odezwała się ani słowem.
- Dobrze, chcesz ze mną wojny, to będziesz ją miała! - podniosłam głos i spojrzałam na córkę wściekła.
I wtedy dostrzegłam, że ona z otwartymi ustami wpatruje się w jakiś punkt po prawej stronie drogi. Popatrzyłam w tym samym kierunku i zamurowało mnie. Kilkaset metrów przed nami zebrała się ogromna, granatowoczarna chmura. Miała zadziwiający kształt, bo jej dolna część dotykała ziemi.
- Mamo... - Czy to nie jest przypadkiem tornado? - zapytała Ala.
- Tornado? - Skądże znowu! Przecież nie mieszkamy w Stanach - odparłam, by dodać jej otuchy. Tak naprawdę to wcale nie byłam pewna, że to, co widzimy, nie jest właśnie tornadem, albo trąbą powietrzną. Kiedy zbliżyłyśmy się, zobaczyłam, że ten wąski pasek chmury, który dotykał ziemi, wiruje. Po chwili dostrzegłam, że wokół niego lata mnóstwo drobnych przedmiotów:jakieś deski, dachówki, cegły. Dodałam gazu. Musiałam wyprzedzić trąbę albo schować się gdzieś. I wtedy przypomniałam sobie jakiś film o tornadzie, w którym pod wpływem wiatru latały w powietrzu krowy, a nawet cysterny.
- Dlaczego jedziesz tak szybko?! - krzyknęła Ala. - Zaraz wjedziemy w ten lej!
- Chcę się schować pod wiaduktem! - też musiałam krzyczeć, bo podmuchy wiatru zupełnie nas zagłuszały.
Ścigałam się z czasem i z wiatrem, który wiał nam prosto w maskę. Cisnęłam gaz do dechy, a mimo to wskazówka prędkościomierza ledwie przekroczyła osiemdziesiąt kilometrów na godzinę. Pożałowałam decyzji o powrocie. "Gdybym dalej jechała na wschód, nic by się nam nie stało", myślałam wściekła na siebie.
A jednak zdążyłyśmy dojechać pod most. Przystanęłam za jakimiś dwoma autami, włączyłam światła awaryjne i czekałam. Obie z Alą patrzyłyśmy ze zgrozą, jak idzie na nas granatowy lej trąby powietrznej. Miałam nadzieję, że wiadukt trochę wychamuje jego siłę.
Nagle trąba powietrzna wykonała zwrot, tak jakby chciała obejść most, naszą jedyną zasłonę! Prześliznęła się po drodze na wiadukcie i uderzyła w nas z boku.
- Mamo, przepraszam... - usłyszałam jakby z zaświatów głos Ali i ogarnęła nas ciemność. Nie, nie straciłam przytomności, po prostu zrobiło się tak ciemno jak w nocy. Nagle zakołysało nami, potem wydało mi się , że coś mnie unosi, to znaczy nie mnie, tylko całe auto. Popatrzyłam na córkę, ale dostrzegłam tylko błyski w jej oczach. Usłyszałam też szloch, ale nie wiedziałam, czy to ja szlocham, czy ona. To trwało ułamki sekundy i równie niespodziewanie, jak się uniosłyśmy, zaczęłyśmy opadać, a potem kilka razy przekoziołkowałyśmy, jak przy dachowaniu. Kiedy zatrzymałyśmy się, straciłam przytomność. Nie wiem, jak długo to trwało. W pewnej chwili usłyszałam jakieś sapanie i płacz dziecka. " Nie... To nie dziecko", myślałam, próbując otworzyć oczy. " To Moja Ala! Tylko dlaczego ona płacze? Może jest ranna"... "Chciałam ją uspokoić, ale nie byłam w stanie nawet otworzyć oczu.
- Mamusiu! Mamusieńku! Nie umieraj! Ja już będę mądra... Błagam cię, trzymaj się, zaraz sprowadzę pomoc - szlochała Ala. cdn...

Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

Puste miejsce przy stole

czwartek, 29 kwietnia 2010 9:50
     Najgorsza była Wigilia. Kiedy patrzyła na dodatkowe nakrycie, które w mniemaniu jej rodziny czekało na "niespodziewanego gościa", zbierało się jej na płacz, bo myślała o synu. Zastanawiała się, jak teraz wygląda, co robi, jaki ma głos, gesty... Kiedy jeszcze żyła jej mama, łapała ją na, jak to nazywała "smutnym spojrzeniu", powtarzała zawsze to samo: - To minie, córciu, po prostu o tym zapomnij.
     Nie wiedziała, czy w to wierzyła, być może próbowała w ten sposób zagłuszyć swoje wyrzuty sumienia. Nie, nie mogła w to wierzyć, bo jak można zapomnieć o własnym dziecku?
    Trzydzieści lat temu była naiwną nastolatką z dobrego domu. Kiedy powiedziała rodzicom, że jest w ciąży, byli oburzeni i przerażeni. Jak to, córka zamożnych lekarzy z małego miasteczka, która ma iść na studia, podbić świat - będzie miała nieślubne dziecko? I to ze smarkaczem bez perspektyw?! Jej chłopak potrafił powiedzieć tylko, że "powinna usunąć to dziecko". Jej rodzice jednak na to nie pozwolili, bo byli głęboko wierzący. Ale nie chcieli też, by skandal zepsuł jej opinię.  Wysłali ją do ciotki do innego miasta, gdzie urodziła Tomka i gdzie zmuszoną ją, by go oddała do adopcji. Gdy jego nowi rodzice przyjechali do szpitala, przekradła się na korytarz, mimo że wszystko ją bolało po porodzie. Pamięta swoją ulgę, gdy zobaczyła twarz kobiety, która miała zostać matką jej dziecka. Pochyliła się nad nim z taką czułością, że pomyślała: z nią będzie mu dobrze.
    Kiedy zaczęła samodzielne życie, wielokrotnie próbowała szukać Tomka. Na studiach, przed ślubem, przed narodzinami Ewy i PIotrusia, gdy podrośli... Nadaremnie. Przy pomocy prawniczych kruczków wynajętych fachowców udało jej się nawet poznać losy swojego dziecka do chwili emigracji jego rodziców z Polski. Potem ślad się urwał. Najgorsze było to, że nikomu nie mogła o tym powiedzieć, nawet mężowi. Chciała mu wszystko wyznać przed ślubem, ale mama jej odradziła, a potem jej odwagi zabrakło. Przyjaciółkom się nie zwierzała, bała się potępienia. A ile razy próbowała porozmawiać o swoim bólu z rodzicami, tyle razy zmieniali temat. Teraz myśli, że bali się usłyszeć, że żadne życiowe sukcesy, w których przeszkodzić mogło nieślubne dziecko, nie były warte ceny, jaką musiała zapłacić...
    Całą miłość do Tomka przelała na Ewę i Piotrusia. Mimo, że strasznie ich rozpieszczała, wyrośli na udanych ludzi. Skończyli studia, założyli rodziny, w końcu została babcią ślicznej dziewczynki. Ale kiedy dzieci rosły, zawsze myślała o swoim pierworodnym. Czy zaczął tak szybko mówić, jak jego siostra? Czy ma takie same zdolności jezykowe, jak jego brat? Czy założył rodzinę? Tysiace pytań, których nie miała komu zadać.
   Dzieci dorastały, oni z mężem się kochali i szanowali. Dorobili się domu. Wszystko układało się dobrze, na nic nie mogła się skarżyć. Na nic, prócz pustki w sercu po jej pierworodnym.
   To była trzydziesta Wigilia od czasu kiedy oddała dziecko. Tym razem smutek łagodził fakt, że były to pierwsze święta z wnuczką. Nawet puste nakrycie nie wywoływało w niej tego samego co zawsze niepokoju. Dzieci z rodzinami przyszły w południe i spędzili dzień na przygotowywaniu potraw i strojeniu domu. Była wieczerza, usypianie małej, prezenty i śpiewanie kolęd - tym razem ciszej, żeby nie obudzić śpiącego w drugim pokoju niemowlaka.
    Nagle usłyszeli dzwonek domofonu. Kto mógł się zjawić tak późno w świąteczny dzień?- Niespodziewany gość - zaśmiała się jej córka. Na pytanie "kto tam"? usłyszała głos mężczyzny, który twierdził, że chce z nią porozmawiać. Wpuściła go, ale zawołała męża i syna. Otworzyła drzwi wysokiemu, przystojnemu mężczyźnie. Od razu wiedziała! Tomek! Nogi się pod nią ugięły, a za gardło złapał ją okropny szloch. Płakała jak wtedy, w szpitalu, gdy go oddawała.
     Tomek podprowadził ją do fotela. Usiadł obok. I on miał łzy w oczach. Rodzina podążyła za nimi. Tomek zaczął im wyjaśniać, że szukał jej od piętnastu lat. Przestraszyła się, najbliżsi poznawali właśnie jej najwstydliwszy sekret. Byli w szoku, ale patrzyli na nią z taką czułością...
   W końcu i oni zaczęli mówić, że całe życie czuli, iż coś ją dręczy, ale nigdy nie mogli dociec, co... Dzieci powiedziały też, że nie obwiniają ją za tamtą decyzję. Żałują tylko, że tak późno dowiedziały się o starszym bracie. Jej mąż spojrzał na nią i mocno, mocno przytulił. Płakali razem.
   Tej nocy nie mogła zasnąć. W sąsiednich pokojach po raz pierwszy spały wszystkie jej dzieci. Wierciła się w łóżku, w końcu wstała, podeszła do gościnnej sypialni i uchyliła drzwi. W smudze światła widziała twarz Tomka - spał spokojnie. Puste nakrycie nigdy już nie będzie jej potrzebne.
 
   Opowiadanie zainspirowane pogaduchami z Matką szczęśliwą.
    
    
   
  
   


Podziel się

komentarze (6) | dodaj komentarz

Awantura o... bokserki :)

sobota, 27 lutego 2010 12:12

Już wróciliście? – zdziwił się mój ślubny, gdy weszłam  z dziećmi do domu. Pół godziny temu wyszłam z dziewczynkami na spacer.

-  Strasznie wiało – odpowiedziałam. – Bałam się, żeby dzieci się nie przeziębiły. A wiesz, bardzo mili są ci nowi sąsiedzi za siatką – zmieniłam temat. – Ten pan to nawet pomógł mi pchać wózek pod górkę.

- Ja ich jeszcze nie widziałem – odparł mój ślubny. – Młodzi? Starzy?

- Młodzi, tak około trzydziestki. Wyglądają na spokojnych. A jacy są w sobie zakochani… - zachwycałam się, rozbierając nasze dziewczynki. – Szłam za nimi kawałek, to widziałam, jak się trzymali za ręce i obejmowali. My też kiedyś byliśmy tacy – westchnęłam z żalem.

Ślubny tylko wzruszył ramionami.

- My już jesteśmy  piętnaście lat po ślubie – powiedział zupełnie bez sensu.

Podparłam się pod boki.

- Więc ty uważasz, że kilkanaście lat po ślubie to już nie można przeżywać żadnych uniesień?! – zaatakowałam go.

 - Kobieto, zlituj się – jęknął mój ślubny.

- Pewnie, że można. Ale pod warunkiem, że nie ma się gromadki dzieci, jak my, i nie pracuje na cały zegar, jak ja.  Zawracanie głowy. A tak w ogóle, to chciałem wyskoczyć do kolegi!

Obraziłam się. „ Ja mu zawracam głowę?!, denerwowałam się w duchu. „ Przecież sama poszłam na spacer z dziećmi, żeby on miał spokój. O co mu chodzi?!”

Zawołałam dzieciaki do kuchni i dałam im zupę. Potem zabrałam się do robienia drugiego dania. Ale wciąż byłam zła na ślubnego. Trzaskałam więc garami, żeby mój „rodzynek” wiedział, w jak podłym jestem nastroju. Po chwili chyba coś do niego dotarło, bo skruszony przyszedł do kuchni.

 - Nie złość się – powiedział proszącym tonem. –  Od dziś będzie inaczej – zobaczysz…

- Nie złoszczę się – odparłam.

- Jest mi tylko przykro.

Zapadła cisza. I nagle usłyszeliśmy jakieś krzyki. Wybiegliśmy na podwórko. Krzyki dochodziły z sąsiedzkiego obejścia, na którym stał nowo pobudowany domek młodych sąsiadów.

- Ty dziwko, jak mogłaś mi to zrobić?! – słyszeliśmy wyraźnie męski głos. – Zdradzasz mnie?!

- Uspokój się! – odpowiedziała mu podniesionym głosem kobieta.

- Nie wiem skąd się to tutaj wzięło…

- Nie kłam! To pewnie twojego kochanka!

Popatrzyliśmy na siebie zdziwieni. To znaczy ja byłam zdziwiona, a w oczach mojego męża dostrzegłam iskierki tryumfu. Zupełnie jakby chciał powiedzieć: „ No i masz tę ich wielką miłość!” Potem krzyki stały się cichsze. Może weszli do domu. Jednak z odgłosów wnosiłam, że awantura trwała dalej, tylko już nie można było rozróżnić słów.

- Ciekawe, o co poszło gołąbeczkom – ironizował mój ślubny.

- Nie słyszałeś? O zdradę…

Po chwili kłótnia ucichła, słychać było tylko szloch kobiety  chodzącej po podwórku.

Było mi strasznie przykro z powodu nowych sąsiadów. Wyglądali na taką miłą i zakochaną w sobie parę. A tu proszę… Nagle przyszła mi do głowy pewna myśl.

- To są pewnie aktorzy! – zawołałam.

 - Ćwiczą role. Pamiętasz? Opowiadałam ci kiedyś taką historię z gazety. Sąsiedzi wezwali policję, bo usłyszeli awanturę z mieszkania jakiejś pary, a potem się okazało, że oni tylko uczyli się swoich ról!

- Czy ja wiem… - zastanawiał się mój  ślubny.

- Gdyby to byli aktorzy, to ona nie płakałaby od godziny. W żadnej sztuce widzowie nie znieśliby tak długiego płaczu. No tak, ślubny miał rację.

Wyszłam na podwórko, by pozbierać ze sznurów wysuszone pranie. I wtedy zauważyłam, że brakuje kilku rzeczy. Rozejrzałam się wokoło  i znalazłam kilka ciuszków dzieci, leżących pod ogrodzeniem sąsiadów. Brakowało jednak jeszcze  ulubionych  „ gaci” mojego męża. Zaczęłam poszukiwania przez otwory siatki, na podwórku naszych sąsiadów. O zgrozo! Majtki mojego ślubnego leżały na środku ich podwórka.

- Marek! – krzyknęłam. – Pędź do sąsiadów. Wiatr zwiał twoje gacie na ich podwórko.

- Halo! Proszę pani,  - usłyszałam zapłakany głos – Czy to pani majtki?

- Tak. Moje - przytaknęłam...

Kobieta zaczęła się śmiać, i to jakoś tak histerycznie. Byłam zdezorientowana. Po chwili jednak coś mi zaczęło świtać w głowie.

 - Romek, chodź tu! – krzyknęła ku swojemu ślubnemu, - i to szybko!

- Po chwili przyszedł sąsiad.

- No i… - zapytał.

- No i nic, ty durniu! – zawołała z pasją kobieta.  – Te bokserki, o które zrobiłeś mi awanturę, należą do tej pani.

- Naprawdę? – zdziwił się sąsiad.

-  To znaczy nie do mnie, tylko  do męża – zaczęłam prostować. – Rano wywiesiłam je z praniem i widocznie wiatr zwiał…

Mężczyzna wyglądał na skruszonego.

- Jak mogłeś mnie podejrzewać o zdradę?! – mówiła zdenerwowana. – Widocznie oceniasz mnie swoją miarką! To pewnie ty masz coś na sumieniu, i dlatego myślisz, że ja cię zdradzam… - nakręcała się.

- Nie kochanie – przerwał jej. – Ja nigdy! Ty wiesz jak cię kocham. Ale te gacie podziałały na mnie jak czerwona płachta na byka. Błagam cię, wybacz mi.

Kobieta jednak wcale nie wyglądała na udobruchaną. Już chciała coś powiedzieć, gdy włożyłam palce do ust i ostro gwizdnęłam. Oboje podnieśli do góry głowy i popatrzyli na mnie zdezorientowani.

 - Dość tego! – wrzasnęłam. – Najpierw się kłócicie, bo podejrzewacie się o zdradę, a potem krzyczycie na siebie, bo sprawa się wyjaśniła. To głupie. Są lepsze sposoby na godzenie się – dodałam znacząco. Oboje roześmiali się i weszli do domu.

 -  Powinnaś być mediatorem rodzinnym… - stwierdził mój ślubny ze śmiechem.

 - Ty się nie śmiej, tylko leć i sprawdź, czy więcej twoich gaci nie pofrunęło w kosmos – rzuciłam. – Jedno rozbite małżeństwo na dzień wystarczy!

 


Podziel się

komentarze (6) | dodaj komentarz

końcówka mojej pisaniny biograficznej

sobota, 21 listopada 2009 10:25
     Znowu telefon od siostry. Tym razem w najmniej spodziewanym momencie. Gadamy niezobowiązująco. O zimie której nie ma, o drętwieniu kończyn, potem o sokach, które nie polecą w pień i nie będzie okej. Po prostu gadamy o życiu i o niczym. W taki dzień, kiedy trzeba tylko słońca, nic milszego nie mogło mi się przytrafić.
     Buty, buty, buty... Jedna z piosenek Okudżawy. Jak na nogach żołnierza buty to prawie relikwie, tak na moich to niemal świętość. Przeskakuję na nich przez kałuże życia, czasem zanurzam i dalej, dalej, w dzień, w wodę, w przestrzeń. Wieczorem oczyszczam je, suszę, dbam.
    Mam przesyt myślenia o poezji, nazywania swoich uczuć, samej siebie. Jedynie w chwili, kiedy coś, co można nazwać wierszem, wydaje mi się, że obcuję z sakrum, potem chowam to do tabernakulum serca i tak naprawdę nie chciałabym by kiedykolwiek wydostało się gdzieś dalej, ale przecież nie ma takiej możliwości. Zawsze znajdzie się ktoś, kto się przyzna do znajomości z moimi słowami. Może i wielu sięgnęłoby po książkę, gdyby rozdawano ją za darmo. Gdyby była ulotką rodem z super marketu, głoszącą cenę dziesięć deko filetów za pół darmo. Nie inaczej jest tu. Może tylko instytucje mające "obowiązek"kupna wydawnictw, jakoś się starają. Dla reszty, szczególnie gdy jesteś "miejscowy" Pozostaniesz na zawsze anonimem. Bo niby - co ona tam może pisać?
    Przez mgły przedarło się słońce. To dobry objaw, znak, że dzień zatęsknił za światłem, a światło za dniem. Może taka tęsknota znana jest tylko roślinom, które bez słońca i światła muszą hibernować, korzenie swe utrzymywać w gotowości, by potem przez łodygi i kwiaty wydały nasiona.
     Życie da się podsumować. Pewne sumy już się zapisały...

Pozdrawiam zdrowotnie... Słonecznych dni życzę Wszystkim.
      

Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

Oddam "czorta", jeszcze dopłacę...

czwartek, 12 listopada 2009 15:56
      Odnoszę wrażenie, że obok mojego domu, być może w nim, mieszka diabeł. Gdzieś, do czorta, musi mieszkać. Bardzo blisko musi mieszkać, skoro tu mieszka na zawołanie. Ledwie coś napiszę i opublikuję w internecie, wszyscy to wiedzą, choć nikt nie doczytał. Przeczytał tylko jeden, powiedział drugiemu, ten trzeciemu i zanim dotarło do zainteresowanego, okazało się absolutną nieprawdą. Nikt, prócz diabła ,nie mógł w tym palców maczać...
    Chałupa jednak stoi na swoim miejscu, niewinna jak zawsze... Diabeł pewnie przeniósł się na strych i zamkął drzwi na klucz za sobą, że nawet ( na razie) nie mogę się dostać do butów zimowych. Zastanawiam się w kogo ta bestia wciela się wieczorami. Może w sasiadkę, której dwie opieńki na drodze zawadzały i tak tuptała, że o mały włos nie poleciała z kwaterą okienną, co ją pucowała na wysoki połysk. Nikt, prócz diabła, nie mógł w tym palców maczać...
     Ot, taka Jadwiga. Ledwie wspomniałam, że zabieram się do napisania nowej rzeczy, mam zamiar wędrować ( myślami) po mojej wsi, powiedziała mi, że jeśli choć słowem ją zauważę to poda mnie do sądu. Szczerze się ubawiłam. Dopiero Iza, nauczycielka stąd uświadomiła mi, że należy słuchać siebie i robić swoje.
    Zatem - robię swoje, a kopytkowy - swoje. Przyglądam się swojej twarzy w lustrze. Jeżeli to stoi w pomieszczeniu o słabym świetle, wyglądam interesująco. Jeżeli zaś w oświetlonym - szkoda gadać! Zastanawiam się, czemu tak jest. Może dlatego, że w lustrze siedzi czort i ciągle zwraca moją uwagę na upierdliwego, stale powracającego pryszcza na nosie. Może dlatego, że w lustrze nie widzę upływającego czasu i  wydaje mi się, że nadal mam dwadzieścia lat? Nie lubię luster!

Podziel się

komentarze (5) | dodaj komentarz

Spadające gwiazdy

poniedziałek, 09 listopada 2009 12:39
    Kolejny dzień moknie w deszczu. Pomimo jego wysiłku, nie udaje mu się wyswobodzić z powijaków gęstej mgły i brudnych chmur. Rozebrane jesiennością drzewa, wyglądają smutno, wręcz depresyjnie. Boże, jak ja nie cierpię takich dni! Odbierają mi chęć do życia, apetyt do jedzenia, nawet usta mi sznurują...W takie dni, dałabym drapaka tam, gdzie słońce nigdy nie zachodzi, czyli znowu uciekam w krainę wyobraźni i wspomnień nieco jaśniejszych.
    I wtedy zadzwoniła córka. Zadzwoniła, bo się cieszyła. Będę po raz kolejny babcią, a ona mamą. Nie ma chyba paskudnych dni, wobec takich wieści wszystkie są słoneczne. Zatem - czas mija... Dopiero co sama rodziłam córkę, teraz ona postanawia zrobić to samo. Płci wprawdzie nie znają, bo to dopiero początki, ale co tam, najważniejsze jest to, że nie będą sami i nie bedą się gapić w gołe ściany, gdy miną lata...Nie ma dni paskudnych, są piękne jak i noce zapisane światłem spadających gwiazd.
    W taką noc, gdy na ścianie widzę cień swojej głowy, podpartej dłonią, gdy twarz dla jednych wygląda na zasępioną, dla innych może nawet na martwą, myślę tylko, aby wróciła ta chwila, gdyśmy z ojcem wracali z bardzo odległej łąki a ja, leżąc na furze siana, wczytywałam się w "Swiat Młodych", w końcu, gdy zrobiło się bardzo ciemno, zabrałam się za liczenie gwiazd, poczynając od Małego Wozu. Co chwila któraś z nich spadała a ojciec mówił mi, że właśnie skończyło się czyjeś życie i nigdy nie wiemy, która z tych gwiazd jest nasza. Takiego nieba, jakim wtedy go widziałam, nie przypominam już sobie. Może dlatego, że przybywało mi lat i życie stawało się bardziej przyziemne?

Podziel się

komentarze (9) | dodaj komentarz

Kilka akapitów z mojej powieści biograficznej

piątek, 06 listopada 2009 15:04
    Zadzwoniła Janina. Rozmawiałyśmy o tym, co lubią ludzie. No co lubią ludzie? Lubią gdy nie ma smutku. Musi być atak, odparowywanie ciosów, jakby śmierć nie miała nic do powiedzenia, niech sobie już weźmie całą tę wodę organizmu, pod warunkiem jednak, że wcześniej osiągniemy zamierzone cele, będziemy tu i tam, zbudujemy okazały dom, doskonale go oświetlimy, w podziemiach musi być garaż, a żona musi mieć opiekunkę do dziecka, musi być wesołą, żadnych rozruszników serca, rozmów szpitalnych, spóźnionych obiadów, powolnego chodzenia. Pęd, pęd musi być. Seks, seks musi być... Co jeszcze lubią ludzie? Och, zapomniałyśmy, przede wszystkim lubią siebie. Na każdym kroku - siebie. Jeżeli idziesz z mężczyzną, nie patrz na boki, bo uzna, że nie interesujesz się nim, choćbyś chciała tylko dowiedzieć się, jaki sklep otwarto w miejsce byłego. Tak, lubią siebie i tylko siebie. Chyba, że trochę wypiją, to i cześć usłyszysz przy mijaniu się. Co jeszcze lubią ludzie? Pierogi. Ślimaki? Fe, nie tu. Gdy trafi się tu amator ślimaków,jest od razu tematem gadania tych spod sklepu, aż ich żony się dowiadują. Ryk na stadionach i dokopać kibicowi z przeciwnego klubu, bo to jego wróg. Ludzie lubią, gdy coś się dzieje, choćby dziać miały się tylko pozory, ale niech wybuchną w Sylwestra Fajerwerki. Nikt nie wie dlaczego - czy dla pożegnania, czy dla powitania. Ale niech wybuchną i tak najbliższy rok będzie jak i inne, ale niech chociaż przez minutę wydaje się, że inny, lepszy. No, co jeszcze lubią ludzie? Nudzić się lubią , choć nie wszyscy, a może prawie nikt, ale chociaż mówią, że modlą się za innych. Zatem wystarczy jeden modlący się, bo powie, że dziś to za Ojczyznę, czyli jakby trzydzieści milionów modliło się o Niebo.
    Wywołałam ten telefon. Znowu myślałam intensywnie o mojej siostrze. Widać jest w tym jakaś siła, która z odległości dwustu kilometrów potrafi połączyć się na tyle mocno, że dochodzi do rozmowy. Niesamowite, ale udało mi się to po raz kolejny. Miałam więc powody, żeby nie do końca narzekać na dzień. Przynajmniej go coś ożywiło.
   No tak, ożywiło. Chciałabym, pragnę nawet, aby ożywiło moje życie. Tym czymś może być wyobraźnia, bo realia w których żyję z trudem pozwalają. Nie uda mi się za życia nocleg pod namiotem u stóp Wezuwiusza. Jestem zbyt słaba jak na takie wyzwania, zasiedziałam się w chorych aspektach życia tak mocno, że nie stać mnie na to, na co stać gospodynie na trzystu hektarach, czyli choćby zwiedzenie szkół w Kongu, gdzie dzieci, choć biedne, nie rzucają się pazernie na prezenty od białej rasy, ale karnie czekają na to, co zrobi cicerone, czyli nauczyciel - przewodnik.
   Stać mnie tylko na to, aby budzić się z przekonaniem, że tuż za oknem, pod tarasem, mieszka największy pogromca mysz, nie jedyny w okolicy kot Szarobury. Ostatnio poczuł się bardzo słabo, bo brakło mu pożywienia, więc musiałam mu sprawić karmę dla kotów. Nie tknął. On jest z dzikich kotów. Co miałam robić?! Założyć hodowlę mysz?! Dałam mu kawałek mięsa rosołowego z kury. Nie zjadł. Dałam mu kości po tym mięsie. Zjadł! Kurcze, pomyślałam, toż to dziki kot domowy. Wyjątek jakiś, nadał by się do opowieści o trudnym życiu. Na to mnie stać. Muszę więc mieć w nim trochę miejsca dla kota spod tarasu, który ani na chwilę nie chce wstapić do domu.
   Za oknem noc. Powinnam spać, ale nie chcę. "Zaowocuje" to porannym zmęczeniem, piaskiem w oczach. Gaszę światło, w ciemnościach lepiej widać twarze. Wystarczy tylko zamknąć oczy. Lepiej widać kolejne dni, nie słychać tylko mowy. Widać pnie po dawno ściętych drzewach. Są jak rozpadające się mury zamków, po ich ścianach pełzają ku górze robaki, które jak zdobywcy zakładają w ich szczelinach swoje legowiska. Widać łabędzie w locie, których szyje zachowują się całkiem inaczej niż w wodzie. Tu są strzałami wbijającymi się w powietrze, a ich lot jest zupełnie bezdźwięczny. Można usłyszeć tylko szum skrzydeł, jeżeli jeszcze nie wzniosły się zbyt wysoko. Fenomen słońca widać, tyle razy oglądany przeze mnie nad różnymi miejscami i ciągle za mało. Widać mnie, coraz ciszej mówiącą, wpatrującą się w dal, jakby tam właśnie miało być Wszystko, a tu to tylko ból istnienia, wyrwane przez wiatr drzwi i baśń, która nigdy nie powstała, bo nie było z czego jej zbudować. Widać kolejne kartki papieru, zapisywane drobnym ściegiem, jakby właśnie z niego miało dojść do największej w dziejach eksplozji uczuć i namiętności. Widać gasnącą świecę, nijak nie dotrwała do rana...Twarz Jego - zawsze taka sama, z zaciśniętymi ustami, wpatrzona raczej w to, co pod stopami, zimna, nieobecna...Strzępy realiów, linie, wieloboki, plamy, tu i ówdzie jakiś refleks światła, drzewo do góry korzeniami, żniwa kos i ...gile oblatujace suche rośliny w poszukiwaniu ostatnich nasion. Widać zawały serca moich znajomych, pytania o możliwe związki. Czegóż nie widać. Nawet policjantów, którzy pytają, czy piją pod sklepem czy w mieszkaniu... Nie, nie widać nic, chyba to już sen.

Komp mi zagadał, mam nadzieję, że trochę pogada...:))
Pomalućku wybieram się na Wasze bloogi, bo też zaległości mam niesamowite.
Serdecznie Wszystkich pozdrawiam i spokojnego świętowania życzę...serce@)-->-->--

Podziel się

komentarze (9) | dodaj komentarz

Stop muzyka, Bronka biją...!

niedziela, 11 października 2009 18:06

Pierwsze kadry obrazów i zdarzeń

 

 

        Pamiętam sad, dziewczynkę w czerwonej sukience, matczyne,  rozłożone ręce i słowa – „chodź aniołeczku, chodź” – pamiętam pierwszy krok…Z okazji ukończenia pierwszego roczku życia, i postawienia przeze mnie pierwszych kroków, mama ugotowała mi papkę na mleku z mąki pszennej(razowej)  z żaren. Podobno nie mogłam się najeść torciku urodzinowego.

        Jestem wojenna, zatem pamiętam kilka wizyt niemieckich żołdaków w naszym domu, a szczególnie jedną z nich. Na  podwórku  krzyczało ptactwo domowe, szczekały psy nasze i sąsiedzkie, to właśnie wtedy zobaczyłam,  że do naszej stajni pakuje się banda niemieckich zbirów. Miałam dobry punkt obserwacyjny, ponieważ nieco wcześniej mama posadziła  mnie na stole, na wprost okna wychodzącego na  budynki gospodarcze. Widziałam, jak złodzieje wyprowadzają  ze stajni młodą, urodziwą klacz mojego taty. I choć tato oferował im wybór innego z dwu pozostałych koni, to te zarazy uparły się na klacz, która jeszcze nigdy nie chodziła w zaprzęgu. Gdy już było wiadomo, że naszej klaczki żadne prośby  ani tłumaczenia nie uratują, moja mama zaczęła mnie mocno szczypać po pupie, a ja krzyczałam z bólu, jak by mnie kto ze skóry obdzierał. Nie mogłam pojąć, co ta moja, kochana mama ze mną wyprawia, dlaczego zadaje mi taki ból, tak bez konkretnej przyczyny…I  darłam się coraz głośniej, aż jeden z Niemców zwrócił uwagę na małą, siedzącą w oknie i wrzeszczącą ile sił…Zauważył też moją mamę i chyba pojął o co jej tak naprawdę chodziło. Wściekł się do tego stopnia, że zdjął karabin z ramienia i wycelował prosto w okno. Nie strzelił, ale mojej mamie wystarczyło. Ze strachu schowała mnie do szafy na ubrania, a wcześniej myślała, że mój płacz zmiękczy serca żołdaków, i zostawią klaczkę, zabierając  starszego  konia. U nas zabrali klacz, u sąsiada wóz, i pojechali na Berlin!

      A to już z wolnej Polski. Jest lato,  meble  wyniesione  na podwórko, bieli się  ściany wapnem, kobiety  z koszami jajek, serów i masła idą jedna za drugą, wujek podjeżdża furą z kilkoma beczkami piwa,  najstarsza kuzynka za kilka dni wychodzi za mąż. Różnica wieku miedzy mną, a nią ogromna, co mi nie przeszkadza  w pilnej obserwacji wszystkich poczynań oraz w radości z tego weseliska. Tym bardziej, że owe weselisko ma tańcować w naszym domu, bo to i kuchnia u nas niczym boisko sportowe, bo nasze domy oddalone są o parę kroków, bo w końcu jesteśmy najbliższą rodziną.

      Marynia i Stachu, choć w pożyczanych ubraniach – wyglądali prześlicznie. Moja sukieneczka też była niczego sobie. Białe kwiatuszki na czerwonym tle, a dołem marszczone falbaneczki, dla małej dziewczynki to istne cudo. Większym problemem było dla mnie to, w którym domu mam przebywać, bo tam jedzenie, a tu muzyka i tańce…I tak ganiałam tam i z powrotem, aż  pod wieczór padłam jak mucha. Mama ulokowała mnie w izdebce i sobie  smacznie spałam…Głośne dum, dum bębna( perkusji), ani skoczne melodie poleczek , były niczym w porównaniu z  całotygodniowym  utytłaniem się, bądź co bądź, jeszcze małej dziewczynki.

       Przyjęcia weselne i różne zdarzenia z tych czasów, bardzo różnią się od dzisiejszych. Sami o tym wiecie, to też nie będę Was zanudzać szczegółowym opisem. Napiszę tylko o jednym, nie zbyt ciekawym zwyczaju. Wtedy, jeśli ktoś komuś nie ożenił kosy pod żebra, lub nie rozpłatał łba  orczykiem, wesele należało do nieudanych. Takie zdarzenia  były na porządku dziennym, a ludziska bili się po weselach dla tradycji. Tak myślę…Wesele Maryni też nie obyło się bez  bójki, a  podobno sprowokował ją Bronek, choć zdaniem mojego taty, sprawcą był zupełnie kto inny.

       Brontaś, jąkała, pofyrtaniec, to najczęstsze przezwiska jakimi częstowano naszego, dalszego sąsiada Bronka. Siedemnastoletni chłopak był synem starego kowala. Starego, bo kuźnię i fach po ojcu, dawno przejęli starsi synowie, tylko Bronka w żaden sposób nie dało się do kuźni zagonić. Wolał chodzić za pługiem u sąsiada, lub opowiadać bajeczki dzieciom z sąsiedztwa. W jego bajkach zawsze występowały  egzotyczne zwierzątka, i wszystkie bajki dobrze się kończyły. Bronek był lubiany przez dorosłych, a dzieciarnia wprost przepadała za nim. Nikt nie wiedział, skąd u młodego, wiejskiego chłopaka  tyle wiadomości,  prawie na każdy temat. Moja mama mówiła, że z Bronka będą kiedyś ludzie, że zostanie wielkim podróżnikiem, człowiekiem uczonym, a to że go do szkół nie posłano o niczym  nie świadczy, bo ino patrzeć jak Bronek w świat wyfrunie i jeszcze o nim usłyszymy.

     Obudził mnie głośny krzyk na naszym podwórku. W kuchni dalej grano i tańczono, ale za chwilę wszedł  tato i gromkim głosem nakazał: - „ Stop muzyka, Bronka biją!” Muzykusy(w sumie dwóch) pozbierali instrumenty i po prostu uciekli. Krzyki na podwórku nie ustawały, było już ciemno, nie wiadomo kto kogo bije, kto broni, czy są zabici. Z opowiadań taty wiem, że Bronka mocno poturbowano, a tylko dlatego, że  się odważył stanąć w obronie brata.  Jednak nie na tyle mocno, by nie mógł opowiadać ślicznych bajek wystraszonej dziewczynce, do późnych  godzin nocnych.

      Po jakimś czasie, Bronek rzeczywiście pofrunął w świat. Pojechał budować Nową Hutę i tam zginął przygnieciony ciężkim sprzętem budowlanym. Przywieźli go w kilku blaszanych skrzyniach, nawet najbliższej rodzinie nie pokazali!

       Umarł Bronek, ale nie wszystek. W mojej pamięci pozostanie do końca…

 

   

Jestem jaka jestem. Czy to ważne, przedwojenna czy powojenna?

Jestem wiosenna, bom w marcu rodzona. Fotki wiosenne, ale od tej pory włosia mi ubyło, a mojej wnusi pół roczku przybyło, czyli wszystko w normie - niby:))

    


Podziel się

komentarze (12) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 20 września 2017

Licznik odwiedzin:  0  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

O mnie

Kobieta po słonecznej stronie jesieni.
Wrażliwa, ufna, tolerancyjna.
Ma rodzinę, cieszy się wnukami.
Szanuje każde Boże stworzenie.
Żywiołowo i skutecznie reaguje na krzywdę wyrządzaną dzieciom, osobom starszym i niepełnosprawnym.
Lubi dobrą książkę, film, muzykę.
Nie przepada za osobami zarozumiałymi, wulgarnymi, złośliwymi.
Nie lubi "obczyzny"w języku polskim.
Czyli - "nie taki diabeł straszny, jak go malują".

O moim bloogu

Bloog poświęcony Literaturze z dominacją Poezji mojej i innych autorów.W kategorii Owo i To, opowiadam o życiu najbliższych. Fotografuję, i mam nadzieję, że coraz lepiej.

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: