Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 717 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Róże od Wielbiciela z "Liryki", pana J.

czwartek, 31 lipca 2008 19:42

       Takie róże rosną obok Hali Mirowskiej w Warszawie.

 

                         Są śliczne! Dziękuję Jeżonku ;o))


Podziel się

komentarze (6) | dodaj komentarz

Stodoła w Nowych Lipcach - próba poematu

środa, 30 lipca 2008 16:46
  Lipiec tego lata palił i spopielał, wytyczał i złocił najśmielsze granice smagłej skóry.

       I była stodoła.

       Lipcowa sucha i pachnąca pełna stodoła lata pękała w szwach. Spomiędzy jej dech (starych, świerkowych) sypały się wiosenne, pierwsze siana.

       W pobliżu dawnych lip, nad strumieniami, w łagodnym cieniu spokojnym, w łagodnym świetle spokoju rozgrywał się nieustanny dramat śródpolnej stodoły: co jedno ukąszenie upału, co jedno samospalenie lata w lecie, co jedno wzniesienie przed oczyma kurtyny krajobrazu – co chwila gorący plon lata zebrany we wnętrzu budowli usiłował rozsadzić jej wiekową konstrukcję.

       I byłaby stodoła już niejeden raz wybuchła – z przyczyny urodzaju, z powodu majętności wakacji, z winy stale wzbierających potoków dobrodziejstw, które i dniem (w słonecznej otoczce) i nocą (rynnami spadających gwiazd) i z rana… biły ze wzgórz nieba, ściekały po ścianach błękitu, lały się, tryskate, z utrudzonej buzi wesołego słońca – byłaby wybuchła i przepadła, gdyby jej bytne istnienie nie leżało w niezgłębionych interesach lipca, lata, długich popołudni, bezchmurzy… (wielu, wielu, wielu…)

       Lipiec, lato, długie dnie, maki, wiśnie, maliny, malwy, miedze… stale ocalały budowlę… przed najlepszym.

       Pomagał im wiatr. Ten wieczny tułacz – teraz stał na straży bezpieczeństwa stodoły. I jeśli ona gotowała się wybuchnąć, on był gotów temu zapobiec szerokim otwarciem jej drzwi.

       Warto przypomnieć tę oczywistą prawdę, że wiatr, na przekór wadze swego zadania, sumiennym strażnikiem wrót zagrożonej budowli nie był ani przez chwilę. Nie było to przecież możliwe! Wicher nie byłby wichrem – związany z jednym tylko miejscem, jednemu miejscu wierny, jednemu miejscu oddany. Słusznie zatem nigdy nie miano wiatrowi za złe, iż, pozostając w zgodzie ze swą lekką naturą, wcale często znikał na długie, pełne napięcia godziny.

       Zawsze zresztą wracał na czas: przybywał w ostatniej chwili i dobywszy wrót, rozwierał je na oścież. Wówczas aromat lata rozlewał się świetlistymi rzekami po okolicznych rolach i sadach i mieszał się do woli z płynnym na tle widoków żarem. Z tej mikstury płomiennego lata sporządzał lipiec wyborny środek nasenny, którym dławił jakąkolwiek chęć popołudniowego przebywania na jawie.

       …uderzył kolejny raz suchy wiatr we wrota stodoły. Rozościeżywszy je, wpadł do środka i zamknął aromat lata w worze swego ciała. Głębokim zaś wydechem wykonanym już na otwartej przestrzeni wyprowadził go na ścieżki polne.

       Prawie puste stało się wnętrze stodoły, a ona sama nabrała wyśmienitej lekkości – szpary między dechami ścian naraz okazały się szersze niż same dechy.

       Teraz inny już wiatr zadbał o ten skromny dobytek lipca: niezmienne w swej odpowiedniej sile, błogie w dotyku ciepło przeciągało przez budowlę, wpadając jedną a wybywając drugą, przeciwną ścianą.

       Stodoła – ten najcenniejszy ze skarbów lata, jakie zwykły dzień w dzień osiadać na upalnej mieliźnie popołudnia – niech posłuży za dowód na to, że szczególnego rodzaju niespełnienie święci swój nieustanny, co rusz odnoszony triumf. Oto barwna i bujna, malownicza, pachnąca, jedyna w swoim rodzaju eksplozja – jest tak cudna – iż staje się nieskończenie ryzykowna. To natychmiast przekreśla jej szanse, zabija możliwość, czyni wybuch raz na zawsze odroczonym, a spełnienie – raz na zawsze zażegnanym. Zachowawczy duch bezkresnej pogody nigdy na takie wybryki nie dozwoli!

       Co innego, iż ten wyżej przedstawiony proces, proces opróżniania stodoły ze zbiorów, w swej późniejszej fazie (gdy szpary między deskami ścian rosły i rosły) stawał się także próbką możliwości wakacji w dyscyplinie znoszenia ograniczeń, rozluźniania ścian, prucia i darcia ścian w zwiewne zasłony…

       Nimi nieustannie przepływał poprzeczny wiatr. Ledwy, cieczył nimi czulej, niż kiedykolwiek wiał. Od jego trwałego ruchu – od tych ciągłych ziewań dnia (ziewaniami dnia są w istocie wszystkie podmuchy i wiania znad zbóż) – od tych pieszczot, tych trzymań – od tych przeciągań sennego gorąca dźwięczna jak dziewczyna budowla rozbrzmiewała wołaniami ciepłej barwy. Do nich u wrót do wtóru cicholiła jej okolica.

      

       W jedną ze stron teren tutejszy powoli wznosił się usypując rozległe wzgórze. Miało ono swój odmienny klimat. Zamiast spalonego światła znad pól spalonych spieką, dopływała tu pastelowa pół-noc – obłokiem chłodu, mgłą wypoczętego, wiecznego wytchnienia – i lekka, lekko-złota unosiła się nad zboczami – czysta łagodność. Z dala, rzekłbyś: letnia chmura. Ze wzgórza – i w rzeczywistości: deszcz, który już się skroplił, który jednak nie spada. Który nieznacznie tańczy nad wzniesieniem, przeciąga wstęgę tęczy, a czasem ciemnieje.

       Bursztynowe, bure, piwne wejrzenie żniw – gasło – w drodze w górę. W zamian w to melodyjne miejsce napływało niedręczące światło pogodnego dnia, napełniając naczynie błękitu niezmąconym niebem.

       Pośrodku pagóra rósł stary dąb. Był on drzewem szlachetnym i samotnym, o ciepłym sercu, o spokojnej zieleni, o mądrych sokach, o milczącej sile. Z jego pnia (obejmowanego w wielu) wybiegało wewsząd tyle ciężkich konarów i tyle gałęzi, iż zdawał się nimi rozkazywać całemu latu. (W zimowe zaś noce – zachwycony – patrzał w wielkie niebo).

       Aż chce się go pytać, gdzie szukać stodoły? Ach, przecież myśląc o niej stale i tyle, chce się ją wreszcie ujrzeć, oglądać. Lecz dąb najpierw zasmuca – swą odpowiedzią, a dopiero potem trwale urzeka – głębią swej myśli: zapytany „gdzie Ona?” wszystkimi swymi konarami niewzruszenie wskazuje wszystkie możliwe kierunki.

       Szczególnie przedstawiała się rzecz podchodzenia stodoły. Natrafiwszy na nią w lesie, należało tę płochą budowlę podchodzić (jak dzikie zwierze) tak, by wiatr dmuchał w twarz – lecz nie po to (jak w przypadku dzikiego zwierza) by ją schwycić, usidlić, lecz po to, by bijący od niej zapach, wdzięk, jęk łączeń jej drewien – uderzył, porwał, uniósł nagle w przeciwną, daleką stronę. Gdyby jednak ktoś zdecydował się iść ku niej, pod stromy wiatr niej pełen, do końca świata nie zdołałby osiągnąć jej progu. Ta letnia nęcarnia zmysłów leżała bowiem w odległości, jak w odległości leży niebo.

       Inną znów cechą stodoły było to, że im stawała się bliższa, tym więcej przestworzy gnieździło się w jej ścianach. Stanąć przy którejś z nich i zerknąć przez szparę, nie znaczyło zajrzeć do środka – a patrzeć – poprzez wnętrze, lukami ściany przeciwnej, przez odległe światło – w nieznany błękit.

       Na klepisku z kolei – klepisko to droga przez stodołę; łączy ono jej przednie i tylne wrota; nim przejeżdżają wozy pełne siana i słomy – z klepiska, ze swego serca budowla była znów zbyt naga – niewidna, rozświetlona, luźna, rozpruta niebem. Na dobitkę, klepisko samo w sobie było miejscem niedostępnym. Jeśli bowiem ktoś przystanął na nim, to w te dyrdy darto go z dwu stron. Z jednej – widok stojący w jednej bramie, z drugiej – pejzaż daleki w drugiej – i gdzie on wtedy był?

       A słońce? Jak słońce odnosiło się do stodoły?

       Otóż słońce… było zawiedzione! Nie mogło bowiem przecisnąć się przez kraty świerkowych dech. Pogodna buzia, niczym mydlana bańka, pryskała o szczerbate ściany za każdym ciekawym spojrzeniem słońca.

       Próbowała i próbowała żółta kula wtoczyć się do budowli, lecz o rzadkie żerdki ścian rozsypywała się w jasne pasy. Na całej długości wnętrza – niczym przez zieloną toń leśną wczesnym ranem – płynęło puszyste światło. Ciasnymi, bratnimi dróżkami – do cudnego środka – z wielkiego blasku ciężkiego dnia – trafiały tylko ciepłe wstążki – w pachnącą ciemność.

       Zmiecione z powały pajęczyny, kurz, półmrok, pył ześród siana i próchno z bel stropu – wszystko to iskrzyło się w strugach światła jedną tylko chwilę – nim przeciąg dzienny porwał tę roztańczoną zawiesinę i w przecudnym pędzie wywiódł ją, wyprowadził w pole.

       Wówczas było już jasne, jaki los spotka stodołę, jaką lato zastosuje taktykę, jaki finał znajdzie historia: kolejny raz zwyciężała koncepcja powolnego zaniku. Najlepszym na to dowodem była widoczna gołym okiem przemiana wszystkiego, co od zawsze składało się na stodołę.

       I rzeczywiście – z każdym westchnieniem lipca mniej i mniej siana leżało pod dachem stodoły. Schło ono w tej wymyślnej suszarni wyśmienicie, zupełnie, aż do całkowitego przesuchu, do bezpowrotnego przejścia w – słodki – smak i – słodsze – wspomnienie sianokosów – przejścia z trawy w zapach trawy, z zieleni – w zapach łąk.

       Ale nie tylko siano zdawało unosić się w niebosiężne przestrzenie lata. I samą stodołę z wolna spotykał takiż sam los.

       Poczęła ulatywać – jak mgły.

       Świerkowe dechy kurczyły się, mizerniały, więdły w oczach. Spowite nieustanną polną bryzą, szlifowane niestrudzonym podmuchem znad zbóż, stale przeobrażały się w coraz kruchsze, łamliwe tyczki i patyki, trzaskające na wietrze rozbiórki.

        Ze świerków stuletnich były wyprute dechy godne tej budowli. Toteż nie żałował ich pomruk upału i rozprężał je w: zapachy, barwy i odgłosy, które, podobne chmarom rozgorączkowanych owadów, wyfruwały ze słoi, sęków, szpar i szczelin. Dechy o świcie jeszcze szlachetnie twarde, zdrowe – w tyglu ciągłych linień, rojeń i uronień dnia szybko przechodziły w wąskie, drgłe, niewiele widoczne, przeźroczyste pajęczyny drobnych listew i deseczek.

       Dach zaś, rozpięty jak żagiel, zapewniał stodole bezpieczny i nieprzerwany dryf po polnych bezdrożach, przy nieustannym abordażu pustoszących ją mocy.

       Otoczona troskliwą opieką sił jej sprzyjających, stodoła powoli traciła spoistość, rozlewała się po polach jak nieprzepasany płotem sad, rozsypywała się jak bukiet, któremu rozsupłano wstążkę, ginęła w okolicy, jak kropla wody w letnim ogrodzie. Z racji jej wątpliwej obecności na ścierniskach – jej istnienie stawało się kwestą wiary. Gdyby o swym czasie wybuchła, wszystko wyglądałoby z pewnością zupełnie inaczej. Tymczasem teraz mogła co najwyżej poblednąć jak duch i jak duch rzucać tylko nikłe cienie swych dawnych kształtów – tyle tylko połączoną ze światem mogła pozostać.

       I tak przeźroczystą na końcu się stała, iż z wiatrem (dymem lata) w zapachy i barwy bez reszty uleciała…

  

  


Podziel się

komentarze (12) | dodaj komentarz

Doktora!!!!

środa, 30 lipca 2008 15:12

A wczoraj z wieczora,obserwując poczynania rudej Baśki w leszczynach,załapałam kleszczora.

Bez mojej wiedzy,zgody,przyssał się do mego łona i używa swobody.

Czuję jak mi wibruje,soki łapczywie spija,a odwłok,na macanego,ma wielki jak beczka piwa.

Czym ja zdrowa,czy chora,chcę ślepego doktora!Bo w miejscu gdzie wzrok nie sięga,

nie będzie mi grzebolił jeszcze jeden przybłęda.

Ślijcie do mnie takiego - co by gały nie widziały,a robił za świadomego.

Jestem rozwarta,gotowa - poddać się bez słowa.

Zakleszczona Ismena ;o(((( 


Podziel się

komentarze (9) | dodaj komentarz

Refleksja - upadek inny od wszystkich

wtorek, 29 lipca 2008 17:18
W życiu upada wiele rzeczy. Może upaść długopis, książka albo pióro, nawet sam człowiek może się potknąć i coś sobie złamać - właściwie tylko upadek marzenia jest inny.

Taki ołówek, to na dwoje babka wróżyła, może się nam wyślizgnąć z ręki - jesteśmy tego świadomi; huśtając się na krześle, też wiemy o ryzyku. Jedynie marząc, czy to pierwszy, czy setny raz, nigdy nie jesteśmy przygotowani na upadek. Złośliwość matki natury - nie da się uodpornić na to, co boli najbardziej. Te marzenia, to też wredna sprawa, nie niszczą się na początku czy na końcu, tylko zawsze, kiedy zaczynają się spełniać; mało tego – upadają, gdy zaczynamy wierzyć, że staną się rzeczywistością. To boli bardziej niż jakaśtam porażka życiowa, bo życie układamy sobie wielokrotnie i zazwyczaj czujemy, że znów będziemy musieli zacząć od nowa. A takie marzenie? Gdy ze wszystkich sił spełniamy je, śnimy o nim, wierzymy w nie, to ono upada - tak po prostu, jak gdyby nigdy nic. Wiemy przy tym, że cokolwiek zrobimy, nie uratujemy już tego, bo to tylko nasze pragnienie, które po zniszczeniu nie nadaje się nawet do gruntownego remontu - pozostają po nim spalone (bo marzenia mogą też spłonąć) gruzy i nie ma nikogo, kto posprzątałby to za nas.

I w tych całych zgliszczach człowiek zostawia swoje serce i bez niego odchodzi, właściwie niewiadomo, gdzie, bo to, co się zniszczyło, było całym jego życiem. Ale wbrew naturze i wszelkim przeciwieństwom losu, często wraca i kawałek po kawałku odkopuje swe uczucia, by móc znów marzyć z kolejną nadzieją na spełnienie...

Podziel się

komentarze (7) | dodaj komentarz

***

wtorek, 29 lipca 2008 14:56

uśmiech dogonił wczorajszą łzę

zasyczała

zniknęła w jego oceanie

rozlanym po aksamicie

splecionych ciał


Podziel się

komentarze (3) | dodaj komentarz

Spotkanie po latach - w myślach codziennie...

poniedziałek, 28 lipca 2008 15:53
Znowu te znienawidzone głosy. I stukot ciężkich butów. Ciemności i ciężkie oddechy. Wolałaby tego nie pamiętać. I dni głodu, i krzyków...

Miała tak niewiele lat. Całe dzieciństwo ukrywała się. Matka panicznie bała się, że Niemcy zabiorą mała blondyneczkę o aryjskich rysach. Przez trzy lata rodzice ukrywali ją w schronie pod stodołą. Wejście było tak zakamuflowane, że nikt tam nie mógł wejść. Tylko mała, 5 letnia Joanna mogła wcisnąć się do komórki za sianem...
Po jakimś czasie, kiedy mała spędzała samotnie dni i noce z krótkimi, ale dającymi nadzieję i szczęście wizytami rodziców, dołączyła do niej mała dziewczynka, która bardzo się od niej różniła.
Nazywała się Roma. Była jeszcze wątlejsza od Joanny, miała ciemną karnację i włosy. Stała się towarzyszką cichych zabaw i zimnych nocy, których nawet zrobione przez matkę ciężkie kołdry nie mogły załagodzić. Mama tłumaczyła Joannie, że to jest taka zabawa, że ma być zawsze cicho. Więc tak było. Nawet kiedy Roma robiła głupie miny albo zaczynała coś śpiewać w obcym Joannie języku.
Mama bała się o dziewczynki i w duchu cieszyła się, że kazała zrobić mężowi schron, w którym z niewielkich szczelin wpływało światło. Wiedziała, że żadne dziecko nie wysiedzi w ciemnym, zimnym schronie. Czasami nocą zabierała dziewczynki ze sobą do domu, co było traktowane jako wielkie święto.

Kiedyś, kiedy sąsiad siedział z tatą Joanny w stodole, spytał tatę Asi, czy ciężko mu od jej śmierci... Asia omal nie wybuchnęła płaczem.
- Ja nie żyję?! Co ten wstrętny pan mówi tatusiowi?
Nikt poza rodzicami i dziadkami nie wiedział, gdzie są dziewczynki…
Wtedy Roma wyjawiła jej swój największy sekret. Była Żydówką. Joasia nie wiedziała, co to znaczy, ale Roma mówiła to słowo z takim nabożnym strachem, że wolała nie wypytywać.

Pewnego dnia mama pozwoliła wyjść dziewczynkom ze schronu. Była bardzo wesoła. Dziewczynki przeraziło to, że tak wiele osób było na podwórku. Przecież przez trzy lata wmawiano im, że mają się w żadnym wypadku nie pokazywać nikomu! Ale mama wytłumaczyła im:
- Polska jest wolna!!! I wy też! Teraz stworzymy jedną wielką rodzinę. A ty, Roma, zostaniesz siostrzyczką Joasi!
Juz nikt nas nie skrzywdzi...

Od tamtej pory pozostali rodziną. Dziewczynki stały się młodymi kobietami. Miały prawo się uczyć. Obietnice mamy nie do końca się sprawdziły. Czasami ktoś je krzywdził. Ale tym razem byli to urzędnicy, rząd, którzy im wszystkiego zabraniali. Mówili, że to ze względu na to, że dziadek Joasi walczył w armii Andersa.
Roma zapragnęła poszukać rodziny. Tata pomagał jej w tym, liczył jednak na to, że nikt nie zapragnie odebrać mu jego ukochanej córki, którą przygarnął i pokochał wraz z żoną jak Joannę.
Roma odnalazła rodzinę w Izraelu. Rodzice stwierdzili, że będzie mogła ją odwiedzić, kiedy ukończy 18 lat. Tak też się stało.
Nie wiadomo, jak udało się to załatwić, ponieważ rząd, jak zwykle, stwarzał trudności.
Niestety, Roma nie mogła juz wrócić.

Teraz, po wielu latach, mają się spotkać. Drobna blondyneczka i jeszcze wątlejsza brunetka.
Siostry, które stały się rodzeństwem podczas wojny. Rozdzielone przez granice Komunizmu. I własnego życia przeżytego oddzielnie. Połączone wspomnieniem zimnych nocy w komórce pod stodołą i wspólnego dzieciństwa...
Staną się znowu rodziną.

Podziel się

komentarze (12) | dodaj komentarz

Podkarpacki wieczór

poniedziałek, 28 lipca 2008 9:13

Wiatr uciekł

ukradł kołyski chmur

wrócił

wcisnął czerwoną

kulę słońca

za czuprynę lasu

zakrył niebo

płaszczem nocy

zagubił się w sitowiu

rozlała się cisza

Piękna mojej okolicy

pilnują sowy.


Podziel się

komentarze (5) | dodaj komentarz

Refleksja - zgubieni po drodze...

sobota, 26 lipca 2008 13:47
Są obok nas . Mijamy ich szerokim łukiem na ulicy, niepewni , co może nas z ich strony spotkać. Zarośnięte , sczerniałe twarze, dzikość w spojrzeniu, niechlujne ciuchy zwisające smętnie
z wychudłych sylwetek. Za nimi smuga dziwnego zapachu, łączącego odór niemytego ciała, emanujący spod warstw brudnej odzieży ,
ze skwaśniałym wspomnieniem wypitego , taniego alkoholu. Wiek bliżej nieokreślony.
Ludzie ...


Kiedyś byli dziećmi. Chodzili do szkoły , grali w piłkę. Dorośli mówili im , co jest dobre a co złe, a może nie mówili. A może oni nie chcieli słuchać. Co się stało z tym chłopczykiem, który
z takim zapałem , z wywalonym na wierzch koniuszkiem języka rysował na lekcji muzyki w zeszycie nutowym klucze wiolinowe? Zarysował całą stronę, bo pani go pochwaliła, że ładnie. A jego dotąd nikt nie chwalił, w dzienniku miał mnóstwo ocen niedostatecznych i uwag za złe zachowanie.
Po paru latach, przed południem, gdy jego rówieśnicy są jeszcze w szkole, stoi z tyłu sklepu z paroma kolegami i piją piwo prosto z butelek. Potem widać go jeszcze , jak przechadza się z kumplami po ulicach i co jakiś czas wchodzą do mijanych sklepów .
Gdzie i kiedy go zgubiliśmy ?

Sobotnie zakupy w sklepie spożywczym. Stoję w kolejce przy „mięsnym” stoisku i kontempluję ceny wołowiny, która stała się „drogocenna” po wejściu do Unii . Nagle przed moim nosem na szklanej witrynie ląduje brudna ręka z zaschniętymi plamami krwi.
- Niech się pani przesunie i wpuści człowieka !- słyszę natarczywy , ochrypły głos. Ręka trzyma bułkę a glos należy do mężczyzny opisanego we wstępie . Bezceremonialnie domaga się od ekspedientki przekrojenia tejże bułki. Sprzedawczyni właśnie zmienia rolkę papieru w kasie fiskalnej , wiec prosi go aby chwilkę poczekał. To bardzo zdenerwowało pana, który odkłada na ladę trzymany w drugiej ręce i odwinięty już topiony serek (ręce były potrzebne, jak się potem okazało dla większej ekspresji wypowiedzi) i raptem słyszymy z jego ust wygłoszoną agresywnym tonem, umoralniającą tyradę na temat okazywania szacunku prostemu , biednemu człowiekowi. Kończy ją teatralne : -PROSZĘ PANI !-Ja jestem GŁODNY ! Występ jest bardzo głośny , tym samym obliczony chyba na szerokie audytorium i aplauz , niestety zachwyca tylko jedna emerytkę ,która chichocząc komentuje :
- Dobry jest ! Dobry!
Reszta widowni stoi niema i cierpliwie czeka na koniec widowiska. Papier wymieniono, bułkę przekrojono- finita la commedia . Pan wyszedł a sklep odetchnął .
Takim to oto sposobem grupa przypadkowych osób stała się obiektem prymitywnego, psychicznego ataku ze strony kogoś, kto uważał się za silniejszego od nich i spróbował narzucić im swoja wolę. Posłużył się w tym celu świadomie czy nieświadomie manipulacją, która mogła wywołać u nich poczucia winy. Czy udało mu się ? Nie sądzę. Z małym wyjątkiem został bowiem zignorowany.

Jesteśmy zanurzeni w tej samej historii, trwaliśmy i trwamy tutaj, przystosowując się do kolejnych zmian i transformacji. Wielu z nas pomimo bardzo trudnego dzieciństwa i dorastania, wywalczyło sobie jako taką egzystencję . Czy powinniśmy czuć się winni w stosunku do osób, którym nie chciało się uczyć , a potem podejmować odpowiedzialności za swoje wybory w dorosłym życiu ? Mogę zrozumieć nieszczęśliwe zbiegi okoliczności, które potrafią stłamsić człowieka. Jednak, gdy taki zechce się podnieść, znajduje pomocne ręce i zaczyna od nowa budować.
To nie miał być jeszcze jeden tekst o przejawach beznadziei
i destrukcji w naszym codziennym dniu. Myślę , że świadkowie tego zdarzenia zasługują na parę słów uznania , a cała ta wyjęta
z życia historia, ma mimo wszystko pozytywna wymowę. Nie zeszli bowiem do poziomu atakującego i nie dali się sprowokować do równie agresywnego zachowania. Świadomość tego, że stajemy się coraz bardziej asertywni, jest bardzo krzepiąca.

I gdybyśmy jeszcze potrafili nie gubić po drodze tych małych ludzi…



Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

Bloogi

sobota, 26 lipca 2008 10:56

Serdecznie zapraszam na moje kolejne bloogi. Nie za często publikuję tam swoje wypociny,jednak mam nadzieję,że znajdziecie coś,na czym zawiesicie oko.

Podaje adresy:

zapiski-niebagatelne.blog.onet.pl

koci-dom.bloog.pl

Pozdrawiam cieplutko...Miłego weekendu życzę...Is.:-]


Podziel się

komentarze (1) | dodaj komentarz

***

piątek, 25 lipca 2008 16:30

Tchnąłeś we mnie

garstkę optymizmu

posypaną szczyptą nadziei

która rozrasta się

przy każdym naszym spotkaniu.

Tchnąłeś we mnie

odrobinę dobrego humoru

przyprawianego delikatnym

uśmiechem na twarzy.

Tchnąłeś we mnie

to wszystko

ciągnąc mnie z

ogromnej,czarnej dziury...

Wierz mi!

Byłam blisko dna...

 

 

a'propos wiersza -

marzyć można do woli...

Twardy realizm życie tka.


Podziel się

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 20 września 2017

Licznik odwiedzin:  0  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O mnie

Kobieta po słonecznej stronie jesieni.
Wrażliwa, ufna, tolerancyjna.
Ma rodzinę, cieszy się wnukami.
Szanuje każde Boże stworzenie.
Żywiołowo i skutecznie reaguje na krzywdę wyrządzaną dzieciom, osobom starszym i niepełnosprawnym.
Lubi dobrą książkę, film, muzykę.
Nie przepada za osobami zarozumiałymi, wulgarnymi, złośliwymi.
Nie lubi "obczyzny"w języku polskim.
Czyli - "nie taki diabeł straszny, jak go malują".

O moim bloogu

Bloog poświęcony Literaturze z dominacją Poezji mojej i innych autorów.W kategorii Owo i To, opowiadam o życiu najbliższych. Fotografuję, i mam nadzieję, że coraz lepiej.

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: