Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 191 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Pozdrawiam Majem.

środa, 30 kwietnia 2008 10:55

Na jakiś czas powinnam zrezygnować z prowadzenia blooga. Smutne wydarzenia które wdarły się w mój dom,nie pozwalają mi normalnie funkcjonować.Moi drodzy,nie mam zamiaru karmić Was swoimi problemami,ponieważ to niczego nie zmieni.Uważam,że z pewnymi sprawami człowiek musi pozostać sam bez względu na to,czy sobie poradzi czy nie.Odwiedzając wasze bloogi,stwierdzam,a może mi się tylko wydaję,że u Was zbyt szczęśliwie,poukładanie i dlatego nie chcę zakłócać waszego spokoju. Co nie znaczy,że Was kochani Przyjaciele nie potrzebuję. Potrzebuję i to bardzo. Przyjaciół nie wybiera się lekkomyślnie,tym bardziej nie rezygnuje z nich. Przyjaciół się oszczędza i to jest trzeci powód dla którego swoje smuty postanowiłam przetrawić sama. Bardzo Was kocham,szanuję,a każde zniknięcie,bo i tak się zdarza,boleśnie przeżywam. Tak już mam.Jak zwykle,proszę,ślijcie w moją stronę pozytywne myśli. To ogromnie pomaga i jest natychmiast odczuwalne. Zbliża się długi weekend - czas zasłużonego odpoczynku - odpoczywajcie zdrowo i radośnie,czego wam z całego serduszka życzę...Pozdrawiam majem...

Gdyby nie było Maja

 

kto rozkołysałby  dzwony

w pieśni po górach dolinach

orszakom białych Aniołów

kapliczkom rozmodlonym

 

gdyby nie było Maja

w zieleni najzieleńszej

wysp kaczeńców złoconych

sadów różowej wiśni

 

kto rozbujałby  serce

                                                                   


Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

Pukam...

wtorek, 29 kwietnia 2008 9:56

Pukam do twego serca

Wpuść mnie

Kropelkami łez

Delikatnie wejdę

W kąciku cichutko

Przycupnę

Ptaka świergotem

Dam znać że jestem

Azlii czerwienią

Zakwitnę

Iskrami z kominka

Ogrzeję

Zadziwieniem radości

Obejmę Cię w tańcu

Szalonym

Pukam do twego serca

Boję się że otworzysz


Podziel się

komentarze (7) | dodaj komentarz

Mucha musi...

poniedziałek, 28 kwietnia 2008 0:22

Mucha ma znowu musze kłopoty.

Musi odwalić masę roboty.

W muszej łazience ogromny ruch.

Rano do pracy spieszy się"Much".

 

Mucha się stale po kuchni krząta.

Musi obudzić małe muszątka.

Znoszą codziennie musze katusze,

Kiedy iść muszą do szkoły muszej

 

Muszą nałożyć czyste ubranko,

Muszą zjeść małe musze śniadanko

Muszą nałożyć cieplutkie czapki,

W drodze uważać na muchołapki!

 

Musze zabawki leżą po kątach.

Mucha po muszkach musi posprzątać

Choć już nie może dać sobie rady

Musi gotować musze obiady.

 

Musi pozmywać,wziąć się za ścierkę

Musi odkurzyć,zrobić przepierkę.

Tylko wieczorem nim mucha uśnie

Much muchę czasem dyskretnie muśnie.

 

 

Z tego wierszyka sami widzicie:

Smutne być musi to musze życie.

Musze nie ujdzie tu nic na sucho.

Musi się zmuszać,musi być muchą!


Podziel się

komentarze (14) | dodaj komentarz

Magia i Miłość...

sobota, 26 kwietnia 2008 19:51

 

 

             

                                             Jej imię to Wiosna

 

 W dzisiejszym tak bardzo zabieganym świecie, ludzie rzadko mają czas aby choć na chwilę przystanąć, nabrać w płuca głęboko powietrza i nadziwić się otaczającym nas światem. Normalne dla wszystkich stało się to, że zawsze na wiosnę w każdym ogrodzie zaczynają kwitnąć kwiaty a drzewa się zielenią. Oczywiście naukowcy znaleźli logiczny sposób aby wytłumaczyć te zjawiska, które od wieków spędzały sen z powiek badaczom. Nie wierzcie im jednak moi kochani! Nie ufajcie naukowcom, którzy sądzą, że wszystko są w stanie wyjaśnić w jasny i klarowny sposób. Oni się mylą i to mylą się bardzo! To wcale nie jakaś tam fotosynteza sprawia, że mogą rosnąć piękne, kolorowe kwiaty. To jest Magia! Tak moi drodzy. Magia przez duże M! Pozwólcie mi wyjaśnić...

Z początkiem każdego roku, gdy tylko zaczynają topnieć śniegi z głębokiego snu budzi się pewna bardzo piękna kobieta o długich, sięgających jej aż do pięt złotych włosach. Jej imię to Wiosna. Jest tak bardzo wesoła i szczęśliwa z faktu swego przebudzenia, że zaczyna nucić piękną piosenkę, a jej nogi same zaczynają tańczyć. Tam gdzie Wiosna postawi swą delikatną stópkę zawsze wyrośnie piękny kwiat, a gdy przypadkiem mija obok jakieś drzewo podchodzi do niego i z czułością całuje je na powitanie. A musicie wiedzieć moi drodzy, że drzewa, są ze swojej strony bardzo nieśmiałe i zawsze gdy Wiosna obdarowuje je swoim buziakiem cała ich korona zaczyna się rumienić... Teraz pewnie powiecie, że przecież liście wcale nie są różowe tylko zielone... Cóż... Macie rację... Hmm.. Wiecie co? Zdradzę Wam pewien sekret, ale musicie mi obiecać, że nigdy nikomu go nie powtórzycie! Umowa stoi..? A więc słuchajcie uważnie... Dawno temu również często zastanawiałam się dlaczego liście nie są różowe a właśnie zielone. Problem ten nie dawał mi spokoju, więc postanowiłam w końcu wybrać się do parku i po prostu zapytać same drzewa. Tak, tak moi drodzy... po prostu zapytać. Pamiętajcie o tym, że zawsze gdy tylko czegoś nie rozumiecie wystarczy, że po prostu zapytacie odpowiednią osobę. A więc wracając do naszego problemu... Początkowo drzewa były niechętne udzieleniu odpowiedzi, bo — jak już wspomniałam, — są bardzo nieśmiałe. Po pewnym czasie udało mi się jednak znaleźć bardzo stare drzewo, które nie raz już doświadczyło pocałunku Wiosny, dlatego z każdym kolejnym rokiem rumieniło się coraz mniej. Na moje pytanie odpowiedziało po chwili z westchnieniem.

— Bo widzisz... My tak naprawdę nie wiemy jak wygląda kolor różowy, gdyż wszyscy jesteśmy daltonistami. Kiedyś... dawno, dawno temu, drzewo które Wiosna pocałowała jako pierwsze bardzo się zawstydziło, ale nie wiedziało na jaki kolor ma się zarumienić. Po chwili spojrzało pod swoje konary i ujrzała tam trawę, a ponieważ nie miało żadnego innego pomysłu, więc zarumieniło się na kolor trawy. Wszystkie kolejne drzewa, które ujrzały to pierwsze, zarumienione już drzewo, pomyślały, że tak właśnie wygląda kolor różowy i w krótkim czasie, wszystkie już tak myślały.

Przyznam się, że bardzo się uśmiałam słuchając tej odpowiedzi, ale staremu drzewu obiecałam, że nikomu tego nie powtórzę więc ponawiam do Was prośbę, abyście zachowali ten sekret dla siebie.

Hmm? Chcielibyście wiedzieć dlaczego trawa jest zielona? Wybaczcie, ale nie chcę już marnować więcej miejsca, gdyż jest to odrobinę bardziej skomplikowane, dlatego o tym nie napiszę... ale jeżeli chcecie wiedzieć to nie ma nic prostszego! Wyjdźcie na dwór i sami zapytajcie się trawy! Tylko pamiętajcie o tym, żeby chodzić na bosaka, gdyż trawa bardzo nie lubi jak ktoś stąpa po niej w butach.

Tak moi drodzy... To właśnie Magia sprawia, że cały otaczający nas świat na wiosnę budzi się do życia. Magia i Miłość... Nigdy nie zapominajcie o tych dwóch słowach! Niestety w dzisiejszych czasach mało jest ludzi skłonnych uwierzyć w Magię oraz prawdziwą bezinteresowną Miłość. Wszystko wokół nas dzieje się w tak oszałamiającym tempie, że rzadko kiedy możemy przystanąć, aby choć na chwilę nacieszyć się Magią tego świata oraz poświęcić więcej czasu na Miłość.


Podziel się

komentarze (8) | dodaj komentarz

Zagubiłam się w gąszczu melancholii

czwartek, 24 kwietnia 2008 12:26

zagubiłam się w gąszczu melancholii

bo za smutek mój,a Twój wdzięk

ofiarowałam Ci pęk czerwonych melancholii

i nieopatrznie dałam słowo,

że kwiat ich kwitnie kiężycowo,

a liście mrą srebrzyście...


Podziel się

komentarze (11) | dodaj komentarz

Miej strach

środa, 23 kwietnia 2008 11:20

nieuzasadniony strach
nie istnieje
istnieją wiedźmy , duchy i czarodzieje
są w ciemności kształty nieznane
co znikają swiatła wywoływaniem
są za Tobą jakieś ręce cudze
są sny , co nie znikają zanim się obudzisz

wstań i krzycz
miej strach , poczuj beznadzieję

walcz z duchem , skryj się przed czarodziejem
stawiaj kroki ostrożne
zabij ciemność strugą tęczy groźną

wstań i krzycz
nie lekceważ cienia
on zmusza Cię do bólu istnienia

Podziel się

komentarze (9) | dodaj komentarz

***

poniedziałek, 21 kwietnia 2008 20:50

***

Usłysz moje serce

ostatni szept

który cisza wykrzyczy

moja dusza się rwie

więc usłysz je

nawet

jakbyś miał niebo wyleczyć

z deszczu


Podziel się

komentarze (12) | dodaj komentarz

Babcia Lodzia z marzeniami za milion cd.

niedziela, 20 kwietnia 2008 19:27
Z jednej strony było to całkiem niezłe, gdyż szybciej przybliżało ją do osiągnięcia upragnionego celu, z drugiej jednak odbierało pokaźną część przyjemności z posiadania miliona dolców. Zawsze była zrzędząca i niezadowolona, zawsze jej było mało.
Trzeba czekać i robić swoje. – tak myślała. „Oszczędnością i pracą uczniowie się bogacą” - ten zapamiętany jeszcze z podstawówki slogan obijał jej się non stop po łepetynie, chociaż od momentu ukończenia szkoły minęło już ładnych parędziesiąt wiosenek. Każda, najmniejsza nawet, cząstka, jej fantastycznej egzystencji podporządkowana była owej naczelnej zasadzie. Trzeba jednak przyznać że Babcia Leokadia, pomimo wszystkich swoich przywar, miała poczucie godności osobistej oraz swoiście pojmowany - Kodeks Honorowy Starego Sępa. Dążąc do zrealizowania swojej tajnej misji, nigdy nie poszła na łatwiznę i nie zhańbiła się infantylną grą w „Totolotka”, lub też jakąkolwiek inną formą plugawego hazardu. Otwarcie gardziła i plwała z odrazą, na tak banalne i wyzute ze wszelkich wartości, próby szybkiego wzbogacenia się. Do wszystkiego chciała dojść sama, wykorzystując swoją pomysłowość, wiedzę oraz pracowitość i upór. Jednym słowem, kombinowała, zdzierała, dusigrosiła, ciułała, kantowała, liczykrupiła, łupiła i sępiła jak tylko mogła - należała bowiem do typu ludzi ambitnych i z aspiracjami, takich którzy chcą coś w życiu osiągnąć, a nie tylko leżeć, jęczeć, narzekać oraz psioczyć na parszywy los. Nie, taka nie była.
Wreszcie nadszedł ów wymarzony w snach i upragniony od lat dzień – dzień w którym zgromadziła całą sumę. Przeliczywszy wysępione tego cudownego popołudnia pieniądze, odkryła z radością że dopięła swego! Tak! MIAŁA MILION DOLCÓW! Trzeba było jeszcze tylko podskoczyć do kantoru i zamienić złotówki na zielone. Czekała na to całe życie i doczekała się. Pędząc ile sił w obładowanych walutą łapach dopadła do drzwi kantoru i osłupiała. Kurs dolara podskoczył od rana o 0,01 złotego! A niech to licho! – zaklęła. Zabraknie jej dziesięciu groszy. Niestety nie było rady. Sprzedawca znając już dobrze Babcię Leokadię, nie nabrał się na jej stare bajery i nie zgodził się sprzedać brakujących dziesięciu baksów po porannej cenie.
- Niech by cię zwyrozdzirało. Obyś zdechł ty sępie! – huknęła i wyskoczyła na chodnik trzaskając drzwiami tak że szyba pękła.
- Co za ludzie, co za sknery! Jeszcze pożałują – odgrażała się całemu światu. Pędząc niczym rozpalony meteoryt, klęła i rozpychała wszystkich na swojej drodze. W końcu postanowiła wrócić na peron i tam wykołować brakującą sumę. Był tylko jeden problem, zanim uda jej się wrócić zamkną kantory i wszystko szlag trafi. Nie będzie już dzisiaj milionerką. To koszmar! Gdy tak rozmyślała, jej wyczulone oko starego sępa wyczaiło połyskującą na chodniku monetę. Tak, ni mniej ni więcej, a brakujące dziesięć grosików. Jednak szczęście nie odwróciło się od niej. Oj nie!
Zapadał listopadowy wieczór, ciemność gęstniała nad światem niczym kożuch na stygnącym żurku. Nie było czasu do stracenia. Jednym susem przesadziła niski płotek który oddzielał ją od chodnika i rzuciła się na zdobycz. Była już tuż tuż, gdy nagle zza rogu wyłonił się kulawy, merdający przyjaźnie ogonkiem, czarno biały kundelek i z niewiadomych przyczyn (chcąc się widocznie połasić do miłej staruszki), skoczył jej prosto pod obładowane szmalem kulasy.
- Ty wstrętny kundlu ! Spadaj stąd zdechlaku bo łeb ukręcę! – zaryczała i gruchnęła jak długa do kałuży. Przerażony piesek uskoczył i pobiegł popiskując jak gumowa kaczuszka. Dziesięć groszy wyskoczyło nagle z chciwego łapska i poturlało się na ulicę.
- Mój milionik, moje dolaresy – sapała czołgając się w ich kierunku. Wyglądała przy tym niczym wielki, łypiący podbitym okiem, pająk Tarantulla w brązowym płaszczu i czerwonej chuście. Łokieć po łokciu, dopełzła do lśniącej w świetle latarni monety i zakrzywionym szponem wyskrobała ją ze spękanej nawierzchni. Serie błysków rozpromieniły nagle jej zamglone ślepia.
- MAM MILIONA!!! – zapiała na cały ryj. W tej samej chwili, zza wzniesienia wyłoniła się rozpędzona i dudniąca muzyką ciężarówka. Dokładniej „Jelcz”, jadący z ładunkiem buraków cukrowych, do Cukrowni Ropczyce. Snop świateł oświetlił szamoczącą się na jezdni Babcię. Tego dnia, kierowca miał smaki na browar, więc w pobliskim zajeździe „U Zbycha” obalił kilka mocnych „Leżajsków”, a że było mu mało, poprawił jeszcze gorzałą z mety. Czekała go długa droga, dlatego chcąc nie chcąc, dla podniesienia koncentracji oraz dodania sobie animuszu, pociągnął dodatkowo końską dawkę, zaprawionego „Klonazepamem”, cudownego specyfiku. Bardzo mu to pomogło, za to Babci Leokadii nie za bardzo. Miała pecha. Pisk sypiących się hamulców starego gruchota, rozdarł ciszę wieczoru, a uderzenie zderzaka rozpruło wypchaną kapotę.
Z przelatującej w powietrzu Babci sypały się zachomikowane dolary. Siła z jaką wyfrunęła w przestrzeń była tak wielka, że rozrzuciła zapasy waluty w promieniu kilkudziesięciu metrów. Deszcz banknotów zaszeleścił na oszronionej jezdni. Był to bardzo ciężki i gęsty kapuśniak. Kierowca wyskoczył z szoferki i widząc co się dzieje, od razu podjął jedyną, słuszną w tej sytuacji decyzję, a mianowicie - zaczął zbierać fruwającą kasiorę do ściągniętego z grzbietu, przepoconego swetra.
Z odfulowanego radia dochodził ryk znanego przeboju pt: ”Daj mi tę noc”.

- Ale się starucha nachapała, chyba milion dolców z niej wyskoczyło. Ciekawe gdzie to takie emeryturki serwują? Trza brać jak jest, nie ma co - jakaś nadziana mi się trafiła. Jej i tak już nic nie pomoże, a mi? Szkoda gadać... Milion dolców to nie gumka od kaleson, niech mnie jasny szlag trafi, a pierdolą że taki szmalec piechotą nie chodzi. Mieć miliona to potęga!

Tak rycząc do siebie oraz pogwizdując super-szlagier, zbierał i upychał pieniądze nie tylko do swetra, ale także do spodni, a później prosto do kabiny samochodu.

Mój milionik, mój milionik – charczała w takt muzyczki rozpromieniona Babcia Leokadia.

- Co tam kraczesz babciu? Pokarało za sępienie, co? – zagaił rubasznie pan kierowca.

- Oszczędnością i pracą uczniowie się bogacą – skrzeczała w spazmatycznej ekstazie zdemolowana starsza pani.

- Kto jeździ po pijaku ten ma, che che, nie? Buźka! Ja lecę. – podsumował żartobliwie pan szofer, trzasnął drzwiami „Jelcza”, wdepnął w gaz i pomknął w siną dal, gubiąc sypiące się z paki i podskakujące na asfalcie buraki cukrowe. Tyle go widziano, a słyszano jeszcze mniej.

Nie wiedział biedak że do miliona brakuje mu owych dziesięciu groszy, które niebawem i w jego sercu miały zasiać zgubne ziarno sępienia ...

Babcia Leokadia dogorywała z uśmiechem: Mój milionik, moje dolarki kochane.

W zaciśniętej dłoni ściskała zapoconą dziesięciogroszówkę.

Jednak czasem marzenia się spełniają. Trzeba tylko chcieć...

Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

Babcia Lodzia z marzeniami za milion cd.

sobota, 19 kwietnia 2008 11:12

W razie potrzeby udawała kulawą, ślepą, garbatą, głuchą, a w skrajnych przypadkach szpotawą. Każdy z wariantów miała obcykany do perfekcji. I jak tu jej było nie dać za darmo? Nie dało rady. Smęcąc w ten sposób po całym mieście, codziennie „organizowała”, dwie pokaźne siaty wszelakich towarów. Raz dostała mikrofalówkę, toster, a nawet „Playstation”. Wszystko oczywiście spieniężała na bazarze.
Sztuka kamuflażu przydawała się jej nie tylko w tym wypadku. Przebrana za kontrolera, siała istny terror wśród pasażerów komunikacji miejskiej. Wpadała jak torpeda do autobusu i zastawiając wyjście opasłym łapskiem, grzmiała od progu:

- Bileciki do kontroli, cwaniaczki! Taaa jest, psia krew! I spokój ma być, bo wszystkich zara na zbity pysk wysadzę! Nie ma zmiłuj dla złodziejstwa! Skończyło się kombinowanie i takie tam hocki-klocki!

Trzeba przyznać że w jej ustach brzmiało to doprawdy przerażająco. Doskonała charakteryzacja, fachowe słownictwo, a także zaciekły pysk starego kanara, przydawały jej majestatu i władczej potęgi, przed którą drżały całe zastępy, podróżujących na gapę, przebiegłych kombinatorów. Jednym rzutem bezwzględnej źrenicy, prześwietlała cały autobus i z przerażonego stadka pasażerów, bez problemu, wyłuskiwała wszystkie, pokrewne jej, „zaradne” duszyczki. Swój zawsze wyczai swego, nie ma siły. Mandaty sypały się jak należy. Oczywizda wzorowej „pracowniczce” MPK, najbardziej pasiła wypłacana na poczekaniu gotowizna, ale jak jeden z drugim się uparł, lub co gorsza nie śmierdział złamanym groszem, ze zniechęceniem i bólem zatwardziałego serca, wypisywała delikwentowi tak zwany - „kredytowy”. Nie byłoby w tym znowu nic takiego dziwnego, gdyby nie fakt że gryzmoliła na czym tylko popadło - kawałku starej gazety, skasowanym bilecie, etykietce od mineralnej, kwicie z magla, raz nabazgrała nawet na zdartym ze słupa nekrologu. Wszystko to nie miało jednak znaczenia, najważniejsze było to, że numer konta się zgadzał i chyba tylko naiwny mógłby sądzić, iż nie był to numer konta bankowego, naszej sprytnej Pani Rewizorki.
W swych tajemniczych machlojach, osiągnęła istną wirtuozerię, zdobywając w niewyjaśnionych okolicznościach, zaszczytny tytuł - Kontrolera Roku. Oprócz należnego splendoru spłynęła na nią, ma się rozumieć, sowita gratyfikacja pieniężna. A jakże, co by nie. Jak udało jej się dokonać owego przekrętu, lepiej już tradycyjnie nie dochodzić.
Słowo genialna, nawet w najmniejszym stopniu nie jest w stanie oddać jej wielkości. Nawet w tak oklepaną profesję, jak żebranie, potrafiła tchnąć nowego, zaprawionego szczyptą wigoru, ducha. Tradycyjnie, każdej niedzieli, wybierała się na żebry pod kościół, gdzie wkrótce stała się lokalną atrakcją i na trwałe wrosła w architekturę parafii. Zaopatrzona w podziurawiony widelcem mundur, garść kapsli po piwie, oraz złamaną nogę od fotela, w mgnieniu jej „podbitego” oka, przemieniała się w potrzaskanego przez szkwał historii, kombatanta-inwalidę.
Potrząsając, przypiętymi do bohaterskiej klaty, „orderami”, przytupując poskrzypującym kulasem, z chwacką werwą odstawiała, całe recitale, pieśni o tematyce patriotyczno-religijno-partyzanckiej. Zawodziła przy tym, tak rzewnie i z takim zaangażowaniem, że momentami sama dawała wiarę temu, co dobywało się z jej natchnionej paszczęki i dreszcz przeszywał na wylot, jej nieczułe ciało, od czubka wyrachowanego pyska, aż po koniuszek zrogowaciałej pięty. Dla podniesienia wartości artystycznych, akompaniowała sobie ochoczo, na rozklekotanej i wykonanej we własnym zakresie, mandolinie. Zaprawdę, trzeba przyznać, że choć bardziej niż na zasłużonego weterana, wyglądała na rubasznego wodza bandy, skacowanych piratów-alkoholików, nie było takiego oka z którego na głos jej pieśni, nie popłynęłaby łza prawdziwego wzruszenia. „Stary wiarus”, nie zadowalał się jedynie jałmużną. Za standardowe, „co łaska”, można było nabyć u niego, słoiczek ziemi z Ziemi Świętej, a także garstkę gleby, z pól bitewnych, zroszonych krwią żołnierza polskiego. Od Grunwaldu po Monte Cassino, od Tobruku do Lenino, do wyboru do koloru. Hojność parafian, tak jak i łebskość Babci Leokadii, nie znała granic, a błotko z pobliskich działek, schodziło w takim tempie, że niekiedy nie nadążała nataszczyć go na czas, we wiadrze.
Ogólnie rzecz biorąc, nie było źle. Dało radę wytrzymać. Czasem tylko, przechodząc obok Kantoru Wymiany Walut, spoglądała pochmurnie na tablicę kursów i klęła cichaczem:

- Kuźwa, ale te dolarki lecą, albo: Ale słabe te dolaresy, nie to co kiedyś.

                                                                                    cd.nastąpi...


Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

Babcia Lodzia z marzeniami za milion.

piątek, 18 kwietnia 2008 21:29

Babcia Leokadia sępiła od samego poczęcia. Już jako embrion oszczędzała, chomikując na potem, dostarczane jej pępowiną jedzonko. Tuż po urodzeniu okazała się tak chytrym noworodkiem, że zamiast zapłakać na całą mordkę, jak należy, zasępiła się i siedziała cichutko jak myszka. Buzia na kłódeczkę. Cel jaki sobie postawiła wymagał wyrzeczeń. Choć na pierwszy rzut oka wyglądała jak inne dzieci, to jednak po nieco bardziej wnikliwej analizie, łatwo można było zauważyć, że bardziej przypominała zgrzybiałą babcię, niż małą dziewczynkę. Od zawsze była stara.
Jak już powiedziano, ta właśnie rezolutna babuszka, od samego poczęcia miała jedno marzenie, a mianowicie: Usępić milion dolców.
Tak to już jest, że aby dopiąć swego i odnieść jakikolwiek sukces w życiu, należy mieć albo talent, albo szczęście, lub przynajmniej porządne zacięcie. Do sępienia także. Babcię Leokadię los hojnie obdarzył i jednym i drugim, a nawet, żeby było weselej - trzecim.
Już w szkole podstawowej, jako najlepsza w oszczędzaniu w Szkolnej Kasie Oszczędności, co roku wygrywała flamastry, które następnie sprzedawała swoim kolegom i koleżankom, a kasiorkę zapobiegliwie deponowała na książeczce SKO - ma się oczywiście rozumieć. Miała na tym niezłą przebitkę. Swoją edukację zakończyła jednak na Ochotniczym Hufcu Pracy, bo jak mawiała: „Szkoda czasu i atłasu na takie srali muchy - nic z tego nie bedzie i tak.”
Następnie, by zachować swobodę ruchów i nie krępować zbytnio rozwoju drzemiącej w niej przedsiębiorczości, zatrudniła się w Cukrowni Ropczyce, na stanowisku magazyniera, w kosmicznym wymiarze dwóch godzin dziennie, czyli innymi słowy, na legendarne ćwierć etatu. (To przedsiębiorstwo, jak się później okaże, odegra jeszcze znaczącą rolę w jej życiu).
Precyzyjny plan i dobra strategia to podstawa sukcesu. Wykorzystując wrodzony spryt oraz swoje niesamowite chody w magazynach, Babcia Leokadia wyciągała na kreskę cukier i jako towar deficytowy, opychała z niezłym zyskiem na czarnym rynku.
Kiedy w Stanie Wojennym wprowadzono prohibicję, pędziła bimber na sacharynie, a mając do niej nieograniczony dostęp, w krótkim czasie opanowała lokalny rynek samogonu - stając się miejscowym potentatem w branży. Era tej wspaniałej prosperity trwała aż do początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy to bardziej opłacalne stało się majenie wódy z przemycanego zza granicy spirytusu. Nie ma co, zawsze była na czasie, a jej wszechstronność nie znała granic. Meta działała dwadzieścia cztery godziny na dobę. Strumień majonki, omijając szerokim łukiem państwowe ograniczenia, lał się wartko w spragnione gardziele, tak proletarjatu jak i inteligencji. Nie było litości. Babcia Leokadia bez mrugnięcia okiem wciskała wszystkim jak leci, najbardziej parszywy i zaprawiony metylem zajzajer, inkasując sukcesywnie upragnioną mamonę. Taką już miała naturę, że kiedy przewąchała możliwość wyciągnięcia choćby kilku groszy, nie zasnęła, dopóki nie wylądowały one w jej pocerowanej skarpecie. Pomimo wszystko złego słowa nie dała na swój temat powiedzieć. Po prostu była czysta jak czterdziestoprocentowa łza.
Zmieniały się czasy i ustroje, padały rządy i zmieniały się ekipy, lecz ona trwała nieprzerwanie na swym posterunku. Oczywiście samotnie, gdyż jak można się łatwo domyślić, jakiekolwiek małżeństwo, nie wspominając już o macierzyństwie, było dla niej sakramencko cieniutkim biznesem i nie wchodziło w ogóle w rachubę. Zresztą kto wytrzymałby z takim sępem? Nikt.
Do upadku komunizmu dorabiała sobie spekulując walutą pod „Pewexem”. Nigdy jednak dolarkami. Te hołubiła czule i pieszczotliwie składała na wymarzoną kupkę. Taka już z niej była dziwna i ekscentryczna cinkciara. Jakby tego było mało, kręciła też watę cukrową, dmuchała ryż i poiła gawiedź wodą z saturatora. Tutaj również miała pole do popisu, wykazując się niezwykłą pomysłowością w rozwoju i utrwalaniu prywatnej inicjatywy.
Po latach, swoje bogate doświadczenia oraz nietuzinkowe przemyślenia z tamtego okresu, zawarła w rozchodzącym się jak ciepłe bułeczki, hicie wydawniczym pt.: „Moja walka z podłością komuny - 1945 - 1989”, oraz dorównującym mu poczytnością bestsellerze o tematyce ekonomiczno-socjologicznej: „Symptomy sukcesu w meandrach biznesu”. Zawsze w porę potrafiła trafnie ocenić rozwój sytuacji i złapać wiatr w żagle.
Jej zasługi w rozbiciu zbrodniczego systemu, były niewątpliwe, nieocenione i wielkie. Niewiele brakowało, a zrobiłaby karierę na salonach krajowej, a kto wie, może i międzynarodowej polityki. Za swą bohaterską i nieugiętą postawę, sam Pan Prezydent odznaczył ją potrójnym, Złotym Krzyżem Zasługi i Orderem Orła Białego, nie wspominając już o kilku pomniejszych odznaczeniach, dyplomach, laurkach, capstrzykach i wszelkiego rodzaju odczytach organizowanych na jej cześć, a także paru ulicach i szkołach nazwanych jej imieniem, na pamiątkę wszystkich wiekopomnych czynów jakich raczyła się w życiu dopuścić. Idąc za ciosem, włóczyła się po Europie z serią wykładów, na temat transformacji gospodarczo-ustrojowej w Polsce, zamieniając niniejszym, pięć minut medialnego jazgotu, na o wiele bardziej miłe w odbiorze, pobrzękiwanie pełnej sakiewki. Od czasu do czasu, rozległe koneksje i znajomości w świecie finansjery oraz szeroko rozumianych kręgach rządowych, pozwalały jej dopomóc temu lub owemu, w załatwieniu tego lub owego, za ma się rozumieć, to i owo.
Nie trzeba chyba dodawać, że nie był to ładny uśmiech i dobre słowo. Oczywiście, jednocześnie nie zaniedbywała swojego skromnego „kramiku”. To jej wystarczało. Nad próżność i ulotną chwilę sławy, przedkładała bowiem działanie i solidną pracę dnia powszedniego.
Niebawem natrafiła na prawdziwą żyłę złota, kręcąc kasę swojego życia, na handlu amfetaminą. Mając wrodzoną i nieśmiertelną smykałkę do interesu, szybko wyczaiła rosnący popyt na ten specyfik i weszła w przedsięwzięcie bez zbędnych wątpliwości oraz niepotrzebnych przemyśleń. Nikt nie był w stanie wyczaić faktu, że taka miła, starsza pani, opycha proszek na lewo i prawo bez skrupułów wciskając go komu popadnie. Zachwalała go przy tym jak tylko mogła: A to paniusiu kochana na bolącą głowę, a to panie złoty na korzonki, reumatyzm, rwę kulszową, podagrę, tudzież nadkwasotę, zgagę, a nawet katar i łupież. Żeby zwiększyć rentowność przedsięwzięcia, rozrabiała towar z wyłudzanym z Poradni Zdrowia Psychicznego, pokruszonym „Klonazepamem”*, co miało również niewątpliwie, wydatny wpływ na podniesienie, tak walorów leczniczych, jak i uniwersalnie zbawczej mocy owej cudownej substancji.
Zastępy zatwardziałych amatorów tego panaceum, pod niebiosa wychwalały i nabożnie czciły imię swojej dobrodziejki, nigdy nie zwracając się do niej inaczej niż per: Najjaśniejsza Pani Lodziu Złota.
Jednak nic co dobre nie trwa wiecznie i w każdym szczęściu musi kiedyś zabruździć jakieś nieszczęście. Szkoda, bo przecież proceder nosił wszelakie znamiona sukcesu i trwałby zapewne do dziś, gdyby nie podstępne machinacje konkurencji. Na dodatek, nieszczęścia, jak powszechnie wiadomo, lubią chadzać parami. Nie inaczej było i w tym przypadku. Na nic zdały się wszystkie chody oraz niesamowite wtyki „w mieście”. Ochronny parasol, jaki do tej pory roztaczali nad babcinym interesem miejscowi notable, zdmuchnął bowiem nagle, nieprzewidywalny wicher politycznych roszad i personalnych przetasowań. Namierzona przez policję, nie bez żalu, zarzuciła intratną działalność i przechodząc w stan dealerskiej anabiozy, czekała na powrót starych, dobrych czasów. Myliłby się jednak ten, co sądziłby że przestała sępić. Co to, to nie. Cudów nie ma.
Wiatr raz w tą, raz w tamtą, a żyć jakoś trzeba, dlatego zaczęła kombinować z innej beczki, wchodząc tym razem w „zdrową żywność”, a dokładnie rzecz ujmując - nabiał i warzywnictwo. Tak jak wcześniej truła wszystkich bez wyjątku, tak teraz, dla odmiany, postanowiła za wszelką cenę nawrócić ich na zdrową dietę i higieniczny tryb życia. Kupowała w hurcie najbardziej parszywe jajka z fermy, a następnie zmywając z nich gąbką pieczątki oraz obtaczając w kurzych kupkach, przemieniała w ten „cudowny” sposób na rumiane, swojskie i w pełni ekologiczne jaja, tak zwane - „od baby”. Nie trzeba chyba dodawać że szły jak woda, przynosząc obrotnej babuleńce przysłowiowe kokosy. To samo wyczyniała z naszprycowanymi całą tablicą Mendelejewa, radioaktywnymi: pomidorkami, marcheweczką, pietruszeczką, rzodkieweczką, bobikiem, kalarepką i ziemniaczkami, szmuglowanymi prosto spod Czarnobyla. Jednocześnie, niespodziewanie obudziła, drzemiące w niej do tej pory, demony wielkiej poezji. Wychodziła na środek targu, po czym stając na taborecie ryczała na cały regulator, jak opętana:

- Pyszne jajeczka rumianeee, warzywka niepryskaneee! Rzodkiew, bobik i ziemniaczki, chrupcie, żujcie czereśniaczki! Kit bajera dla frajera, niech go rtęcią sponiewiera! Chyba głupi, kto nie kupi! A jak łżę to daj mi Boże, niech tu sztywna się wyłożę, hej! Takie rymy sadziła skubana, a kończyła zawsze owym góralskim – hej, co jasno i dobitnie zaświadczało o tym jakiej krzepy i witalności, dostarczają organizmowi, oferowane przez nią produkty. Bogaty wybór swych niebanalnych utworów, zawarła w genialnym tomie poetyckim pt.: „Zbilansowane rozterki - czyli wszystko na pic i nie bój nic”. Niebawem, ów nietuzinkowy twór myśli ludzkiej, zgodnie okrzyknięto – najbardziej doniosłym i wytyczającym nowe kierunki w sztuce, wydarzeniem poetycko-kulturalnym od czasu napisania „Stepów akermańskich”. Dlaczego akurat od tamtego czasu, nikt akurat nie wiedział, ale najważniejsze jest to że wszystkim się podobało i nie było takiego dyletanta, co by śmiał coś przy jej legendzie majstrować. Za pieśniami pochwalnymi krytyki, nadciągały sowite dotacje, subsydia i gratyfikacje, dzięki którym zarzewie przyszłego kultu, w mgnieniu oka trafiło pod łatwopalne strzechy, złaknionych prawdziwej sztuki, obywateli, zaś ubogiej poetce pozwoliły związać osławiony koniec z końcem.
Jednak zostać milionerem to nie jest takie hop-siup. Pomimo daleko idących wyrzeczeń, do upragnionego celu było wciąż daleko, ale to tylko jeszcze bardziej utwierdzało ją w przekonaniu że trzeba wzmóc sępienie i zacisnąć mocniej rajtuzy. Tego wymagała sytuacja. Postanowiła nie wydawać na nic. Jadła raz na tydzień, bo nawet to co dostała w Schronisku Brata Alberta opylała na lewo wygłodniałym menelom. Zimą wyżerała sikorkom słoninkę, którą dzieci z pobliskiego przedszkola wywieszały w karmnikach, na zajęciach o przyrodzie. Nigdy wcześniej nie widziały takiej dużej, starej i wygłodniałej sikorki. Czasem jechała na gapę PKS-em do lasu i podkradała dzikom żołędzie, a sarnom kasowała lizawki, które oczywiście wciskała wszystkim jako słone lizaczki. Jakby mogła to żarłaby siano z paśników. Swego czasu, próbowała nawet trutki na szczury i nic. Nie było na nią bata. Czepiała się wszystkiego. Z żołędzi gotowała zupkę od której dostawała potężnej sraczki i chciało jej się najnormalniej w świecie rzygać, lecz pomimo wszystko wcinała ją aż jej się uszy trzęsły. Na pewno zhandlowałaby komuś tę lurę, ale była tak ohydna że nie dało rady.

Swoją postawą, łamała wszelkie konwenanse i obalała utarte stereotypy. Zamiast jak inne babcie, siedzieć w domu i słuchać radyjka, albo dokarmiać wróbelki, z uporem maniaka, przeczesywała okoliczne knieje, bory i bagna w poszukiwaniu poroży i runa leśnego, a także granatów, bomb, pocisków i wszelkich innych niewypałów. (Po co jej to było?). Przy okazji kłusowała ile wlezie, kopiąc wilcze doły, zastawiając na lewo i prawo, sidła i wnyki na wiewiórki, łasice, kuny, bażanty, lisy, a nawet jelenie i dziki. Wszelka zwierzyna, miała się przed nią na baczności. Czasem ubiła coś drobniejszego ze skoblówki, po czym całą tę lewą menażerię odstawiała do Przedsiębiorstwa Produkcji Leśnej „Las”, krzycząc sobie tak horrendalnie wysokie ceny, że sama nie mogła się nadziwić jak to w ogóle się jeszcze wszystko kupy trzyma. Miała taki dar przekonywania, że w ciemno brali od niej nawet purchawki i muchomory sromotnikowe. Niewiele jej było trzeba, w końcu doświadczenie jakie zdobyła w handlu jajami i zieleniną robiło swoje. Wystarczyło tylko, że na bezczelnego rzuciła coś w rodzaju:

- Eleganckie grzybki, pierwszorzędne proszę ja kogo – samo zdrówko.

Mechanizmu tego genialnego w swej prostocie procederu, nie byłby w stanie rozszyfrować sam diabeł, ale jedno jest pewne – grosiwo sypało jej się w kabzę aż miło.
Nie traciła czasu na głupoty. Jakby tylko mogła wywiozłaby do skupu cały las, razem z leśniczym. Na chama podbierała miód z pasiek i dziupli, wysiadały przy niej nawet niedźwiedzie, nie wspominając już o pszczelarzach. Jej czerwony i napuchnięty nochal naprowadzał ją na ślad wszelakiej zdobyczy lepiej niż najnowszy GPS. Po prostu rządziła.
Zbieractwo było jej powołaniem. Kultywując jego tradycyjne odmiany, kolekcjonowała puszki i butelki po browarze oraz bełtach, jak też makulaturę, złom i wszystko inne co przedstawiało jakąkolwiek wartość. Trzeba przyznać że łeb miała obrotowy. Nie było takiej, najbardziej nawet pogniecionej puszki, lub zapuszczonej butelki, której nie wypatrzyłby jej czujny wzrok sępa. Wyczaiła wszystko. Kiedy znalazła choćby jedno-groszówkę, chuchała na nią na szczęście przez godzinę. Nurkowała w śmietnikach i zsypach. Patrolowała piwnice, strychy i wysypiska. W niewiadomym celu zbierała zdechłe koty i psy, wykopywała z ziemi krety i dżdżownice. Podobno pichciła z tej padliny jakieś podejrzanie chodliwe mikstury, ale co tam dokładniej kombinowała, nie wiadomo było nic, i niech tak lepiej pozostanie.
Na wigilię szabrowała karpie ze stawów i zdzierała z pni jemiołę, gramoląc się na czubki najwyższych drzew. Czatowała na mole w szafie, robiła włamska do kiosków i samochodów, obrabiała skarbonki w kościołach. Wyłudzała i sprzedawała ubrania z PCK. W atakach szału, napadała na dzieci pod szkołą i odbierała im kanapki, a jak któreś nie chciało oddać śniadanka, musiało za karę wąchać przez godzinę jej śmierdzące onuce. Wszystkie oddawały bez pyskowania, a kiedy później zgłodniały koło południa, Babcia Leokadia puszczała im to papu, po znajomości, za pół ceny - którą sama oczywiście ustalała.
Jak widać z „gangsterką” była za pan brat. W przypływie zbójeckiej fantazji, jej rozzuchwalenie graniczyło wręcz z bohaterstwem, pchając ją do czynów o których i za lat sto, lud prosty wiersze plótł będzie i rzewne pieśni zawodził. W brawurowych, nocnych atakach na okoliczne wioski, plądrowała kurniki, uprowadzając na rzeź całe stada przerażonego drobiu. Siała bezlitosne spustoszenie w chlewikach, doprowadzając do zbiorowej histerii i fali samobójstw wśród hodowców trzody chlewnej i ptactwa domowego. Dla niepoznaki wyła przy tym jak stado oszalałych wilków, zdychających w sidłach śmiercią głodową.
Chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć, że wszystkie te haniebne zbrodnie, uchodziły jej zawsze całkowicie na sucho. I tak trzymać.
Dla zachowania równowagi ducha i podreperowania budżetu, w wolnych chwilach dziergała chusty dla powracającej z woja „Rezerwy”.
W sępieniu była bezwzględna, niezniszczalna i nieobliczalna. Nie oszczędziła nawet swojego pieska – Filusia. Najpierw z wiadomych powodów zaprzestała go karmić, a kiedy biedaczek wyciągnął z głodu łapki, wypchała ukradzioną spod drzwi sąsiada wycieraczką i wystawiła na „Allegro”.
Nie liczyła się z niczym i z nikim. Nawet ze sobą. Doszło do tego że wynajęła całe mieszkanie studentom, a sama waletowała w przedpokoju. Za pomocą przepierzeń z boazerki i płyty pilśniowej, porobiła w trzech pokojach siedem ciasnych klitek, w których gnieździło się coś szesnaście osób. Całe to towarzycho, oczywiście słono buliło za „wygody” na kwaterze. Przez chwilę myślała że więcej ich tam nie upcha, ale tym razem, pomyliła się. W krótkim czasie znalazła i chętnego na ów przedpokój - dziadka menela, po czym wyprowadziła się do ubikacji. Taka była pomysłowa. Nawet w tym sraczu prowadziła interes, pobierając opłatę za papier toaletowy, który odmierzała na łokciu. Sikanie pięćdziesiąt groszy, kupka z papierem – „Złotóweczkę poproszę”. Nie trwało to jednak za długo, bo wreszcie, ku własnemu zdziwieniu i do klozetu udało jej się pozyskać lokatora – emerytowanego szaleciarza-psychopatę. Od tej pory kimała na dworcu PKP. Interes się kręcił. Kapuchy przybywało. Upychając ją pod spódnicą często gderała do siebie zadowolona jak nie wiadomo co:

- Jak się chce to wszystko można, tylko trzeba chcieć hi hi hi.

Życie należy brać za rogi jak mówi przysłowie. Babcia Leokadia znała je doskonale. Zgromadzona pod kiecką waluta, którą przywiązywała sznurkami do opuchniętych nóg, urosła do takich rozmiarów że łapska miała prawie jak mamut, a w przychodni wcisnęła lekarzowi taki kit, że ten od ręki wypisał jej papiery na słoniowaciznę. Oczywiście później załatwiła sobie na nie rentę. Miało to jeszcze jedną dobrą stronę, otóż w najtęższe nawet mrozy nigdy nie odczuwała chłodu, gdyż jak wiadomo, nic tak nie grzeje ciała i duszy jak kilka kilogramów zielonych pod kapotą. To jednak nic. Potrafiła okantować nawet najbardziej wytrawnych i przebiegłych skąpców. Aby mocniej uwypuklić swoje nieszczęście, rozcierała pod okiem starty na proszek rysik z ołówka, który podwędziła ze sklepu gdy tylko sprzedawczyni odwróciła się od lady. Schorowana babuleńka z podbitym okiem, brała na litość każdego. Przychodziła na przykład do cukierni i mówiła:

- Szczęść Boże po ile ta bułeczka ? Złotóweczkę? Olaboga, pani ale drogo, ojojoj taka drożyzna teraz. A ten pączuś? 80 groszy? Fiu fiu, no no no. Tak mnie to oczko boli, chuligani podzelowali, oj ojojoj.

Następnie grzebała w biedniutkim portfeliku – podkówce, z lichej i powycieranej skórki.

- Niestety, nie mam pieniążków, nie stać mnie ... – dodawała ,chlipiąc

                                                                              cd.nastąpi...


Podziel się

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


niedziela, 25 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  421 499  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

O mnie

Kobieta po słonecznej stronie jesieni.
Wrażliwa, ufna, tolerancyjna.
Ma rodzinę, cieszy się wnukami.
Szanuje każde Boże stworzenie.
Żywiołowo i skutecznie reaguje na krzywdę wyrządzaną dzieciom, osobom starszym i niepełnosprawnym.
Lubi dobrą książkę, film, muzykę.
Nie przepada za osobami zarozumiałymi, wulgarnymi, złośliwymi.
Nie lubi "obczyzny"w języku polskim.
Czyli - "nie taki diabeł straszny, jak go malują".

O moim bloogu

Bloog poświęcony Literaturze z dominacją Poezji mojej i innych autorów.W kategorii Owo i To, opowiadam o życiu najbliższych. Fotografuję, i mam nadzieję, że coraz lepiej.

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: